13 grudnia nie sposób uciec od wspomnien. 31 lat temu zasnąłem jako redaktor, obudziłem się jako bezrobotny, niezdolny do służby w jednostce zmilitaryzowanej.
Lokomotywie z radiowym magazynem i estradowym kaberetem skończyły się szyny. Obudziliśmy się w innym świecie, w którym nic nie było takie, jak wcześniej. Pierzchły złudzenia, załamały sie kariery. Trzeba bylo wybierać lub pozwolić, by wybierano za nas. Nadzieja na solidraność, tą dziesięciomilionową, jak środowiskową rozwiała się bardzo szybko. Ludzie podzielili się na pracujących i bez pracy, ćwierć i pół kolabarantow, kontestatorów i konspiratorów. Część odeszła z zawodu, część wyemigrowała. Podobno wielu poszło na tajną wspólpracę. Owszem pojawiła się pomoc, ale głównie od wykluczonych dla wykluczonych.
Pękaly przyjaźnie, związki partnerskie, przychodziło anulować bruderszafty i myć ręce po podaniu.
Wielu z nas przekonalo się jak łatwo można zniknąć z kalendarzyków kolegów, by nagle znowu pojawić się jesienią 1989. Nie zapomnę jak po moim powrocie do radia rozdzwoniły się osiem lat głuche telefony z pytaniami: „Kiedy znów nagrywamy?" Podobno wyrzucenie z pracy naprawdę boli tylko za pierwszym razem. Potem można się przyzwyczaić. A nawet polubić, kiedy alternatywą było by pozostanie w firmie, która spsiała.
Młodsi koledzy pytają o różnice sytuacji wtedy i dziś. Są - jeśli idzie o konsekwencje materialne, choć moralne koszty są bardzo podobne. Wówczas odrzucając pokusę kolaboracji podejmowało się ryzyko zerwania z zawodem (być może raz na zawsze), dziś istnieją na szczęście media spoza głównego nurtu, portale dla niepokornych...
Z drugie strony w tamtych czasach bycie w opozycji nobilitowało - ci co zostali, z małymi wyjątkami, odczuwali wstyd. Nawet w „Kabareciku Olgi Lipińskiej" piło się za kolegów, a nie lżyło z wrogów i frajerów.
Komunizm był jak klęska żywiołowa, redakcyjne czystki dziś mają wszelkie cechy działań wojennych lub zwykłego gangsterstwa. Oczywiście dramaty jednych zawsze stwarzają szansę dla innych. Pamiętam radosną gebę jednego z dziennikaryz klasy B (a może raczeje D), którego spotkałem w pierwszych dniach stanu wojennego na Foksal. Promieniał: "Teraz my!"
Lepsi odeszli, miernoty na start. Tak bywa zawsze.
A dobrotliwa natura człowieka sprawia, że niezmiernie łatwo zapominamy kto gdzie był i jak się zachowywał. Powiada fraszkopis – „Historia w końcu przecież zapomina, czy Kain Abla czy Abel Kaina". Świnia pokryta patyną może robić za autorytet moralny.
Gorzej kiedy dochodzi do procesu odwrotnego.
Marcin Wolski
13 grudnia 2012
