Co jak co, ale poratal SDP powinien być wzorem starannej informacji.  A tu czytam rozmowę z jednym z moich ulubionych dziennikarzy – chociaż pracuje w TVN – Konradem Piaseckim.  Stoi dużo wyżej od pań tej stacji złej sławy. Stara się o bezstronność w miarę możliwości. Nie ma trudności z myśleniem na wizji. Mówi o swej pracy, jak ćwiczy dykcję, co lubi w zawodzie. To jest fachowiec godny polecenia. Pod koniec rozmowy prowadzący Wiesław Łuka mówi, że Piasecki ma zajęcia „w jednej z prywatnych uczelni”. I tyle.

   Kolego, no nie! Dlaczego nie dowiadujem się, na jakiej uczelni wykłada Konrad Piasecki? Środowisko dziennikarskie może i powinno wiedzieć o sobie wszystko, co jest w domenie publicznej. Pewnie usłyszę, że byłaby to kryptoreklama, gdyby podać nazwę. Nie, to informacja, do której czytelnik ma prawo. A jest to poważne Collegium Civitas. Piasecki prowadzi tam zajęcia „warsztat radiowy”, jak podaje Wikipedia. Czy SDP też prowadzi uczelnię, że nie chce reklamować konkurencji? Nawet gdyby tak było, mielibyśmy obowiązek podania informacji. Nie przejmujmy obyczajów  korporacji handlowych.

  Ten obyczaj przemilczania istotnych informacji przybiera groteskowe formy. Pewien kolega, nazwisko przemilczę, bo wielu to robi, pisze polemicznie, że „w pewnej gazecie ogólnopolskiej” napisano rzecz, z którą się nie zgadza. No cóż, można bardzo nie lubić tej gazety, jednak czytelnik powinien znać jej tytuł i datę wydania, gdzie ukazała się niemiła autorowi opinia. Bez tych informacji  polemika pływa w mętnej zupie domysłów.

   Albo poważniejsza sprawa: szanowany komentator polityczny pisze na dwie kolumny tygodnika artykuł będący spekulacją na temat ruchów w jakiejś partii politycznej. Skąd on to wszystko wie, zastanawia się czytelnik. Nie podaję nazwiska ani tytułu, gdyż robi tak wielu. Kiedy podobne rozważania czytam w „The New York Timesie” pojawiają się frazy jak: „wysoki urzędnik Białego Domu zastrzegający anonimowość z powodu braku autoryzacji do wypowiadania się na (dany)  temat powiedział, że...”. Lub „osoba zbliżona do śledztwa, która nie chce ujawnić publicznie swojego nazwiska  gdyż nie ma autoryzacji do rozmowy z mediami stwierdza, ... „ Wiadomo dzięki temu, że dziennikarz wykonał rozpoznanie, a nie pisze tylko, co mu się wydaje na podstawie, ah! – „intuicji”. Inny kolega pisze, że pewna sprawa jest „aferą tysiąclecia”. Że co?! A gdzie dowody, nazwiska, liczby, źródła tak sensacyjnej wiadomości? Nie ma. Pisarska intuicja. Koledze nie chciało się wykonać dokumentacji. Ale dlaczego redakcja publikuje tak poważne oskarżenie bez żadnego uzasadnienia? A uważa się za stojącą moralnie wyżej od wielu innych.

   Nikt nie jest bez winy, również niżej podpisany. Bezpośrednie natchnienie tego felietonu pochodzi z redakcji, z którymi autor współpracuje. Dlaczego przemilcza tytuły i nazwiska – zostawia domyślności czytelników.

   

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl