Gala nagród SDP ma wymiar szczególny. Można w jednym miejscu i czasie zobaczyć to, co dziś w polskim dziennikarstwie najlepsze. To rzadka okazja, bo na co dzień nasza optyka jest skażona coraz bardziej zawężającym się polem obserwacji. Nie chodzi tylko o to, że wszyscy piszą, a nikt nie czyta. Albo, że coraz mniej w mediach faktów, a coraz więcej komentarzy. Problemem staje się ograniczanie się do wybranego tytułu, portalu, stacji telewizyjnej. Fundujemy sobie program lojalnościowy, w najlepszym wypadku w dwóch skrajnych wersjach. Jednych oglądamy/czytamy/słuchamy dla przyjemności, innych, by się wkurzyć. Warto więc wychylić głowę z okopów, by zobaczyć, że informacje o śmierci polskiego dziennikarstwa są mocno przesadzone. Warto na to, co się u nas piszę i kręci, spojrzeć z lotu ptaka, tak ponad podziałami.

 

I co widać z perspektywy gali na Foksal? Na przykład to, że już kolejny rok z rzędu nagradzanych jest sporo reportaży radiowych. Okazuje się, że w odróżnieniu od TVP, radio publiczne – mimo bardzo trudnej sytuacji finansowej - wciąż pozostaje wierne swej misji, pozwala reporterom „zaszaleć”. I to zarówno na antenie ogólnopolskiej (nagrody dla Katarzyny Błaszczyk i Krzysztofa Wyrzykowskiego z PR 1) jak i regionalnej (Alicja Pietruczuk, Mariusz Kamiński). Na razie są to jedynie perły głęboko pochowane przed masowym słuchaczem, ale w końcu wchodzimy w epokę oferty rozproszonej. Nadchodzą ponoć czasy poszukiwaczy utraconego sensu. A zadaniem mediów publicznych jest właśnie „podlewanie” rzeczy wartościowych.

Można je oczywiście znaleźć i w stacjach komercyjnych czy prywatnych gazetach, gdzie jeszcze żyje dziennikarstwo śledcze. Dzięki nagrodom SDP można sobie przypomnieć, że już pod koniec maja Dawid Tokarz w „Pulsie Biznesu” opisał na czym polegał przekręt z Amber Gold. Jeszcze ciekawsze byłoby prześledzenie recepcji tego tekstu, zbadanie, dlaczego tyle czasu potrzebowały inne media, by uderzyć w dzwon.

Ale wracając do mediów publicznych, trudno nie zauważyć, że dwie główne nagrody SDP trafiły do twórców niezależnych. Znów – po raz kolejny – okazuje się, że najważniejsze produkcje dziennikarskie powstają poza oficjalnym obiegiem. I nikt z obecnych na gali nie miał wątpliwości, że filmów Jolanty Hajdasz,  Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej nie pokaże żadna koncesjonowana telewizja. Ta pewność jest chyba najbardziej przygnębiającą refleksją mijającego roku. Nie chodzi tu o zasięg, bo pewnie „Pogarda” już miała widownie, o jakiej największe hity TVP mogą tylko pomarzyć. Chodzi o pogodzenie się z trwałym pęknięciem narodowej kultury, z „odpuszczeniem” oficjalnego obiegu i zaakceptowaniem tej paranoicznej sytuacji.  Jak bowiem inaczej nazwać fakt, że w 2012 roku potrzeba prawdziwego heroizmu, by nakręcić dokument o historii nieznanego męczeństwa biskupa Baraniaka, który już chyba nikomu nie zagraża. Jak podsumować brak zainteresowania wszystkich stacji telewizyjnych emisją (nie mówimy o finansowaniu) filmu o najważniejszym sporze, jaki dzieli dziś polskie społeczeństwo?

W obliczu nadchodzących świąt warto sobie życzyć… nie cukierkowej zgody, ale warunków do prowadzenia uczciwego sporu. Do mówienia sobie prawdy, bez warunków wstępnych, bez intencji wyciągnięcia z tego korzyści w bieżącej rozgrywce. I tego, byśmy wszyscy, bez względu na polityczne sympatie, mogli w mediach publicznych oglądać najważniejsze filmy nakręcone o dzisiejszej Polsce. Choćby po to, by sobie na ich temat wyrobić własne zdanie.

Piotr Legutko

19 grudnia 2012

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl