Niedawno znajoma studentka z Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego powiedziała mi, że przeczytała ogłoszenie naszego stowarzyszenia na instytutowej stronie internetowej. Ogłoszenie miało zachęcać młodych do udziału w pracach organizacji. Jako korzyść dla studentów wymieniono „możliwość nawiązania kontaktów zawodowych, a przez to efektywniejszy start w profesji”. Wchodzę na stronę. Pomyłka. Było to zaproszenie do Koła Młodych Stowarzyszenia Dziennikarzy RP.
Czasem ktoś pomyli SDP i SDRP, to się zdarza; nie wszyscy muszą znać branżowe organizacje ani ich historie. Tak się jednak składa, że autorzy magazynu studenckiego „PDF” – między innymi na podstawie rozmów z Andrzejem Maślankiewiczem i Stefanem Truszczyńskim – napisali ciekawą diagnozę stanu obu stowarzyszeń. Czyli poznali nas całkiem nieźle.
Jak nas widzą młodzi? Po pierwsze jako rozdrobnione środowiska zajęte wewnętrznymi, często politycznymi, kłótniami. Po drugie jako środowiska upolitycznione. Krzysztof Lepczyński, autor artykułu „Orkiestra na dziennikarskim Titanicu” pisze o prezesie SDP Krzysztofie Skowrońskim, który poprowadził konferencję Prawa i Sprawiedliwości, oraz o Krzysztofie Czabańskim, który najpierw kandydował na prezesa SDP, a zaraz potem na posła PiS. Po trzecie, gdy studenci patrzą na stowarzyszenia zrzeszające dziennikarzy, widzą organizacje biedne i bezsilne. Po czwarte – widzą organizacje bez inicjatywy i autorytetu. Lepczyński zauważa, że gdy w parlamencie dyskutowano o prawnym zastąpieniu sprostowań odpowiedziami, stowarzyszenia dziennikarskie były w tej debacie niezauważalne. A takie rozwiązanie byłoby dla prasy zabójcze. Jak słusznie zauważa Lepczyński, za mało jest w stowarzyszeniach rozmowy o przyszłości mediów. Zastępuje je nieraz bezproduktywny lament o śmierci prasy. Pewnie dlatego że – po piąte – w stowarzyszeniach brakuje świeżej krwi.
Przestaję się dziwić dlaczego. Wstąpiłem do SDP trochę ponad pół roku temu, motywowany chęcią poświęcenia części czasu na pracę społeczną na rzecz dziennikarstwa i kształcenia dziennikarskiego. Upolitycznienie Stowarzyszenia mocno tę pracę uprzykrza; zamiast robić coś pożytecznego, tracę czas na przekonywanie innych, że nie chcę być kojarzony z PiS. Bo jakoś tak dziwnie się składa, że znaczący członkowie SDP, choć odmieniają słowo „niezależność” przez wszystkie przypadki, podejmują decyzje korzystne właśnie dla tej jednej partii (prowadzenie konferencji PiS, nagradzanie dziennikarzy sympatyzujących z PiS, ganienie dziennikarza, który pisze jakoby niekorzystnie o rodzinie prezesa PiS).
Kiedy zachęcam znajomych do ubiegania się o zieloną legitymację SDP, w odpowiedzi słyszę: „Po co?”. Chciałbym z większym zapałem mówić wtedy o możliwościach działania dla środowiska. Entuzjazm jednak paruje, bo widzę już, że więcej niż o działaniu mówi się w SDP o podziałach. Wczoraj prezes zrobił źle to, przedwczoraj tamto. Wczoraj w Oddziale Warszawskim zrobili to, przedwczoraj tamto. A jutro co będzie? Znów to samo?
Mówię więc znajomym, że legitymacja pozwoli im wchodzić do muzeów, nie tylko w Polsce. Że będą mogli na nią wchodzić na oficjalne wydarzenia. Ale przecież i tak mogą. Jeśli są dziennikarzami, to mają inne ważne legitymacje prasowe, z redakcji, a nie z SDP. Ostatni argument „za”, to darmowy lekarz. Ten jest chyba najmocniejszy. Bo skoro tak wielu dziennikarzy nie ma umowy o pracę, to nie ma także prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej. Mam więc należeć do Stowarzyszenia dlatego, bo nie stać mnie na leczenie?
Marek Palczewski pisał niedawno, że mamy w Stowarzyszeniu problem. Życzę jego następcy na stanowisku naczelnego Sdp.pl, by to dostrzegał. Otwarta dyskusja o tym, czym jest ta organizacja, wydaje się bardzo potrzebna.
Jakub Halcewicz-Pleskaczewski
30 grudnia 2012
