Dziennikarz, reporter, publicysta, dokumentalista filmowy. Pracował w prasie, telewizji publicznej i telewizjach prywatnych; doświadczenie w kierowaniu dużymi zespołami. W dorobku ma programy telewizyjne - wielkie transmisje, kilkadziesiąt godzinnych wywiadów na żywo z najważniejszymi - najbardziej znanymi ludźmi w Polsce, reportaże i filmy dokumentalne z kilkunastu krajów - był kilkakrotnie korespondentem wojennym (m.in. w Chorwacji), przez ponad 30 lat organizował wyprawy i realizował filmy o tematyce podwodnej - głównie o wrakach z II wojny światowej leżących na dnie Bałtyku. Angażuje się w obronie ludzi i ich spraw. Żonaty, mieszka w Warszawie od ponad pół wieku (po studiach na Polonistyce UW). Działa w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich.
Wśród „telewizorków” lat 70., gdy z nimi współpracowałem i nawet się przyjaźniłem, Wowo Bielicki wyróżniał się wszystkim. Przyuważyłem go dużo wcześniej – w latach 50....
Jeździ obywatelka-Europejka Hübner po ulicach stolicy i na zadzie autobusów promuje swe oblicze. Pani była już wiele razy europosłanką, ale chce jeszcze....
Jeździ obywatelka-Europejka Hübner po ulicach stolicy i na zadzie autobusów promuje swe oblicze. Pani była już wiele razy europosłanką, ale chce jeszcze....
Sprawa jest delikatna i muszę do tematu podejść bardzo ostrożnie. Ale jeśli już – to trzeba jednak jasno i bez ogródek.
Poznałem lekarza – chirurga, który koryguje paniom waginy. To wąska specjalizacja, ale jak się okazuje mająca klientelę. Facet jest bystry, elegancki, młody i przystojny. Żegluje, odrestaurował własnym sumplem zabytkowy jacht. Porządny, potrzebny lekarz – choć działa gdzieś tam na marginesie medycyny.
Piszę o tym, choć wielu puknie się w czoło – po co chłopie w takim temacie się zagłębiasz?
Ano dlatego, że są tuż obok nas sprawy wstydliwe i trudne ale możliwe do przeprowadzenia. A postawione na zdrowych zasadach ekonomicznych – pozwoliłyby zarobić. Niestety chowanie głowy w piasek, udawanie, że coś tam się robi nie uleczy pacjenta gdy potrzebny jest skalpel. Do tych trudnych a nawet najtrudniejszych tematów należy obowiązek ratowania publicznej telewizji – czyli Telewizji Polskiej. Nie ma bowiem w kraju tak brutalnie gwałconej instytucji jak ta firma.
Wraz z każdą zmianą politycznych dysponentów nasyłane są hordy (choć modnie jest teraz mówić WATAHY) łupieżców, którzy w krótkim czasie wydoić chcą maksymalnie tę dużą ale wyjałowioną już chudzinę.
W Telewizji Polskiej prawdziwi twórcy – dziennikarze i realizatorzy programów nie mają nic do powiedzenia. Zagrożeni wyrzuceniem z pracy, opluwani, okradani - są marginalną nic nie znaczącą częścią machiny. Rządzą urzędnicy! Urzędasy! Programy tworzy rozdęta ponad wszelką miarę kasta zarządców. Ci tzw. zamawiający decyzję o życiu lub śmierci wyrobników, którzy mogą być szczęśliwi, gdy łaskawe „pańskie” oko dostrzeże i wyróżni zamówieniem. Jaki jest skutek – każdy widzi, bo może włączyć choć teraz najczęściej wyłącza telewizor. Ta sytuacja powstała, dzięki zabiegom czynionym w ciągu ostatnich lat – głównie przez obywateli – Walendziaka i Kwiatkowskiego. To oni (ale inni prezesi też), choć jeden z prawa a drugi z lewa wymyślili i wprowadzili w życie pomysł, strukturę i system według którego działa, a właśnie dogorywa, zadłużony potwór z Woronicza.
Gdy rządziła telewizją prawica pan premier chciał likwidować abonament. Teraz gdy myślą wodzów narodu oddycha TVP - medialny utrzymanek ciągnie jeszcze siłą bezwładu.
Panienki o kompetencjach lektorek prowadzą (praktycznie: rozdają głosy) debaty polityczne, różne chłoptasie skaczą po ekranie, a globtroterzy przemierzają świat żeby pokazać jak wożą rikszą Hindusów.
Chłopaki – kupcie na kilka tygodni licencje transmisji od kilku stacji, dajcie zarobić tłumaczom, a w tym czasie wymięcie tłumy zamawiaczy programów, na ludzi którzy mają coś do powiedzenia. Nazwiska kompetentnych łatwo znaleźć. Wystarczy trochę poczytać, zamiast tylko oglądać siebie w dość krzywym zwierciadle TVP.
Niech ktoś to wreszcie policzy zestawiając małe zespoły, które tworzą programy w licznych już prywatnych mediach z ogromną ilością (to idzie w tysiące zatrudnionych) ludzi zupełnie bezproduktywnych w pustostanach na Woronicza, Czyżewskiego w Gdańsku czy Kamionkach w Krakowie.
Spraw Warszawy - praktycznie nie ma w stołecznych mediach. Jest tylko kadłubek programu, podobnie jak we wszystkich lokalnych ośrodkach. Polska dyszy! Narastają konflikty, jest setki spraw do załatwienia. Szczególnie właśnie w terenie, gdzie lokalne kliki czują się niezagrożone bo nie boją się krytyki uzależnionych mediów. Te „kadłubki” (3,5 godziny programu dziennie) to w dodatku tuby reklamowe miejscowych władz.
W skutek nieudolności niekompetentnych zarządzających ogromne aglomeracje nie są rzekomo w stanie utrzymać (między innymi z reklam) nawet swoich terenowych mediów.
I to wszystko tak się toczy przez lata. Gremia się zbierają, bełkoczą i wydają potem komunikaty, które powielane są przez podległe im coraz nowocześniejsze urządzenia.