Pod Piotrową Bramą jakieś zamieszanie, wśród grzecznie oczekujących jeden się rozpycha i nawet pokrzykuje:
- Ja nie będę czekał, ja muszę natychmiast pogadać z Panem Bogiem.
– Zaraz chwileczkę, jest kolejka – uchyla drzwi i mityguje Święty Piotr.
- Ale ja jestem ateistą i nie będę czekał – naciera nerwowy osobnik.
Święty Piotr udaje się do Pana Boga i mówi:
-Tu taki jeden strasznie namolny, w dodatku mówi, że jest ateistą.
Pan Bóg zamyślił się:
-A to powiedź mu, że m n i e n i e m a!
* * *
Ostatnio często chowamy kolegów dziennikarzy. Brałem udział w dwóch pożegnaniach w tych dniach. Pogrzeby oczywiście zawsze są smutne, ale dwa ostatnie to były ceremonie świeckie. W jednym wypadku Pani, a w drugim Pan – pełnili funkcję Mistrza Ceremonii.
Nie mam najmniejszego zamiaru niczego krytykować – tyle tylko, że określę te pochówki jako jakieś niepełne, podwójnie smutne. Zastępują prawdziwą tradycję, ale czy rzeczywiście zastępują?
Oto Pani – Mistrz Ceremonii ( a to samo robił również i Pan) – bardzo wolnym krokiem podchodzi przed urnę, składa ukłon i udaje się na mównicę. Na podwyższeniu urna, a na niej wyrazisty krzyż z rzeźbą metalową postaci Chrystusa. Bardzo piękny krzyż. Ale nikt nie klęka, nie żegna się. Wszyscy tylko stoją. Pani – Pan przemieszczają się tym samym dostojnym krokiem. Czytają tekst przypominający osobę zmarłą i to właściwie jest wszystko
ze strony Mistrza Ceremonii. Następują przemówienia. Występujący naśladują osobę prowadzącą pożegnanie, dostojnie przemieszczając się przed katafalkiem. Ukłon i przemówienie. To dziennikarze więc składnie formowane są myśli, osobiste wspomnienia, ciepłe i życzliwe słowo. Słuchamy. Jesteśmy myślami gdzieś tam daleko i dawno temu. Przypominają się twarz, sylwetka, różne zdarzenia.
A jednak to wszystko to jakoś mało. Pominięcie tradycji kościelnego pogrzebu tak przecież mocno zakorzenionego w naszych myślach i odczuciach smuci szczególnie.
Tym bardziej, że jednak krzyż jest na urnie. Pytamy więc po cichu dlaczego nie towarzyszy mu ksiądz? Ale pytamy tylko bardzo cicho, bo wiemy, że nie wszystko daje się wytłumaczyć, zrozumieć. – Jestem ateistą - może ktoś tak głośno mówił, a potem krewni nie wiedzieli jak wybrnąć z sytuacji.
Skoro jest krzyż na urnie – można się chyba przeżegnać i pomodlić za duszę zmarłego. Choć to nie kościół ani kaplica, a jedynie cywilna cmentarna sala. Tyle jednak chyba można i na pewno różne są indywidualne decyzje.
Ciekawe ile osób spośród tych kilkudziesięciu odprowadzających kolegę po cichu zmówiło pacierz lub pożegnało się z odchodzącym znakiem krzyża.
Nasza tradycja. Nasza wiara lub właśnie jej brak. I ta inna ceremonia wobec ceremonii pogrzebów, w których zwykle bierzemy udział.
Jestem ateistą – być może tak mówił głośno ten, którego doczesne szczątki spopielono. Może i tak mówił. Może mówił raz tak a innym razem inaczej. Jeśli nie wierzył, to chyba nie oczekiwał, że będzie gdzieś tam z góry oglądał ceremonię własnego pochówku. Ba, gdyby wierzył byłby w innej sytuacji. Mógłby patrzeć na to wszystko, a może nawet jako zawodowiec, na przykład złośliwy za życia felietonista – mógłby to przekornie opisać. Najprawdopodobniej poszło by bez skreśleń bo sądzę, że w niebie nie istnieje cenzura.
21.01.2013 r. Stefan Truszczyński
* oczywiście nie chodzi tu o mnie ( S.T.)
