Ostatnia afera w Sejmie z przyznaniem przez Ewę Kopacz sobie samej i wicemarszałkom wysokich premii, pokazała, że mimo arogancji władzy, głos mediów czasami jeszcze się liczy. Jest w stanie odwrócić bieg rzeczy, szkodliwy dla państwa. Albo inaczej, czwarta władza przy wszystkich trudnościach, pełni skuteczną kontrolę nad władzą państwową. To pierwsza uwaga.
Druga, nie mniej ważna. Nie wiadomo dlaczego, opinia publiczna, politycy, a nawet potężna część środowiska dziennikarskiego, degradują tzw. tabloidy. Lekceważą je jako pisma niższej kategorii. Tymczasem, jakże często to właśnie tabloidy docierają do skrywanych przez władzę faktów. Demaskują różne tajemnice, oczyszczając z nadużyć, machlojek, brudów, mizerii moralnej i obyczajowej elity polskiego społeczeństwa – polityczne, biznesowe, artystyczne. Są w takim samym stopniu czwartą władzą, jak np. opiniotwórcze tygodniki. To właśnie okazało się przy okazji skandalu, jaki miał w mijającym tygodniu miał miejsce w Sejmie.
Klasyczny tabloid , jakim jest „Super Express”, ujawnił, że Ewa Kopacz za 2012 rok przyznała sobie premię 45 tys. zł, zaś pięciu wicemarszałkom po 40 tys. Dowód to na niezwykłą pazerność obecnej Marszałek Sejmu i innych członków prezydium Sejmu. Perfidia tego towarzystwa polegała na tym, że najpierw wicemarszałkowie przyznali nagrodę Ewie Kopacz, a następnie pani Marszalek obdarowała swoich zastępców. To zakrawa nie tyle na fikcję, co na farsę, która stwarza formalną zasłonę: - To nie ja sobie przyznałam – może się bronić Ewa Kopacz. Podobnie mogą się tłumaczyć wicemarszałkowie. Czysta kpina ze społeczeństwa. Gdyby popularny „Superak” nie wyciągnął tego kompromitującego kroku – jak się o nich mówi - przedstawicieli narodu, każdy nagrodzony schowałby do kieszeni „po cichu” i „po ciemku” niezłe pieniądze, za wypełnianie swoich normalnych obowiązków. Że tak się nie stało, zawdzięczamy – jedno z nielicznych pozytywnych posunięć biłgorajskiego posła – Januszowi Palikotowi, który za przyjęcie premii postanowił cofnąć rekomendacje swego Klubu Parlamentarnego wicemarszałek Wandzie Nowickiej. Ta zapowiedź praktycznie oznaczało dla niej wyrzucenie jej z Ruchu Palikota i pozbawienie funkcji wicemarszałka. Przerażona taką perspektywą Nowicka, natychmiast ogłosiła, że ani przez chwilę nie zamierzała brać premii dla siebie, nawet jej to przez myśl nie przeszło. Aż przykro było patrzeć, jak próbowała nieudolnie kłamać. Jak fałszywie tłumaczyła, że przyjęła pieniądze, aby przeznaczyć je na cele charytatywne, tym, którzy ich naprawdę potrzebują. Gdyby odmówiła przyjęcia premii, pieniądze wróciłyby do Skarbu Państwa i nie wiadomo, na co by zostały zużyte, a tak… jest spokojna, że zostaną skierowane tam, gdzie ona chce – wyjaśniała podczas zaimprowizowanej konferencji na schodach sejmowych. Fałszem i kłamstwem pachniało na kilometr. Aż do dawnego Domu Partii, rodzinnego gniazda dzisiejszego SLD, z list którego kiedyś próbowała dostać się do Sejmu, a w następnych wyborach do Senatu.
W końcu inni nagrodzeni zdecydowali się przeznaczyć pieniądze na cel dobroczynne. Awantura zrobiła się taka, że zostali zmuszeni zrezygnować z premii dla wzbogacenia swoich kont.
- Nie wiadomo, czy to z głupoty Ewa Kopacz początkowo próbowała przekonać, że należy jej się premia, bo Sejm jest normalnym zakładem pracy, a ona sama, kierownikiem organizującym zajęcia dla ponad 450 osobowej załogi. A może wszystkich, którzy jej słuchali uważa za głupców? Czy też zrobiła się już na tyle cyniczna, żeby traktować społeczeństwo jak przedszkolaków? W istocie Kopacz to mały zakłamany człowiek. Dramatyczne jest to, jak ona i inni politycy traktują Polskę. Brać z niej jak najwięcej dla siebie. Dzięki czwartej władzy, tym razem uosobionej w tabloidzie, opinia społeczna dowiedziała się, że proceder z premiami, trwa w naszym parlamencie od lat. Mały kamień uruchomił lawinę.
W normalnym, demokratycznym kraju, tego samego dnia, kiedy „SuperExpress” zamieścił swe rewelacje, Ewa Kopacz pożegnałaby się ze stanowiskiem Marszałka Sejmu. U nas nikt takiego wniosku nawet nie zgłosił. Jakby nie było opozycji, albo pozostawała w letargu. Pozostawmy jednak parlamentarzystom ich własne sprawy. Jak mówił Wojciech Młynarski – „Róbmy swoje”.
Jerzy Jachowicz
