Dookreślenie linii pisma ujęte w jednym, nośnym, haśle to nic nowego. Starsi pamiętają: "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się" – pism pezetpeerowskich (uzupełnione orderami przy winiecie) i całkiem niedawne: "Nam nie jest wszystko jedno" – Gazety Wyborczej. Ostatnio na okładki pism - tygodników wkroczyły paski z wizytówkami: autorzy niepokorni – głosi Uważam Rze, autorzy przekorni – ripostuje Wprost. Są też nazwiska: "Tygodnik do Rzeczy" zamieszcza czarny pasek z nazwiskami swoich ośmiu autorów, nie ustępuje mu tygodnik "W Sieci", też z ośmioma dziennikarzami przy winiecie. Podobnie postępuje "Uważam Rze".
Wykorzystanie twarzy dziennikarzy do reklamowania tytułu jest częstą praktyką, zwłaszcza dzisiaj. Takie podejście wynika z przekonania, że media stają autorskie. Znaczenie mają twórcy i ich nazwiska. Dziennikarze stają się marką. Można i należy się nimi chwalić. Wszak to oni decydują o charakterze pisma, utożsamiani są z tytułem. To ich się kocha lub nienawidzi. Im większe budzą emocje tym lepiej dla sprzedaży.
Jest to z pewnością forma działań marketingowych. Ciągłe zmiany na rynku medialnych powodują, że te zabiegi mają także znaczenie informacyjne. Przeciętny czytelnik gubi się w roszadach personalnych. Znikają tytuły i pojawiają się nowe. Odchodzą naczelni a razem z nimi całe zespoły redakcyjne. Pisma ze swoimi tytułami stają się wydmuszkami wypełnianymi nową treścią w zależności od widzi mi się wydawcy. W tym zamęcie informacja o tym, gdzie który dziennikarz aktualnie pracuje jest jak najbardziej potrzebna.
Gdy "Uważam Rze" wchodziło na rynek ten zabieg wpisywał się w kampanie marketingową. To co było wyjątkowe staje się dziś skuteczną metodą. I to mi się nie podoba. Nie chcę takich witryn. Chwalenie się stałymi autorami to nic zdrożnego. Nazwiska przyciągają, są wizytówką ale przez konkretny tekst a nie tylko obecność w stopce. Niech czytelnik sam zdecyduje kto jest niepokorny a kto przekorny. Nie musimy mu podpowiadać. Taka łopatologia urąga inteligencji czytelnika. Dajmy mu szansę. Autorzy weseli i autorzy smutni, autorzy blondyni i autorzy łysi - można długo wymyślać jak opisać zespół redakcyjny by stał się atrakcyjny i powalił na kolana konkurencję.
W tym miejscu stawiam pytanie: Czy dziennikarzom konieczne są przymiotniki? Samo stwierdzenie – jestem dziennikarzem - nic dzisiaj nie znaczy. Nie utożsamia się z wartościami czy standardami uprawiania zawodu. Litania z nazwiskami na okładce jest objawem poważniejszego problemu, kryzysu tożsamości zawodu dziennikarza.
Andrzej Stawiarski
