Konferencja smoleńska, zorganizowana 5 lutego br. przez sejmowy Zespół Parlamentarny ds. badania katastrofy, przywołała w mojej pamięci jesienne rozważania i polemiki na temat zdjęć ofiar smoleńskich, zdjęć, które miały być zresztą natychmiast zablokowane przez polskie służby, a ostatnio wypłynęły z Rosji już po raz czwarty. Wyraziłam wtedy opinię, że o ile ktoś się czuje psychicznie na siłach, powinien obejrzeć, tak ja to zrobiłam, jedno-dwa z tych zdjęć, ponieważ prowadziłoby to moim zdaniem nawet osobę całkowicie niefachową do wniosku, że ofiary w Smoleńsku mogły zginąć od wybuchu. Tej pewności w żadnym śledztwie wtedy nie było, afera „trotylowa” dopiero się rozwijała. Znajomość tych zdjęć, rozumowałam, zmusiłaby nawet ludzi złej woli, by zapoznali się z nimi i przyjęli je jako oczywiste dowody w śledztwie, więc mogła przekonać nieprzekonanych o wybuchu w samolocie.
Najpoważniejszą z polemik zasługujących na uwagę, bardzo emocjonalną, sformułowała Agnieszka Romaszewska-Guzy. Zgadzam się z Agnieszką, że przekazanie do internetu zdjęć ofiar to prowokacja i nadużywanie naszej wrażliwości. Rozumiem, o co jej chodziło – o oszczędzenie okropnych widoków ludziom nieprzygotowanym do takich przeżyć. Rzeczywiście, zachęcanie przeze mnie do obejrzenia nawet jednego czy dwóch, mogło zburzyć spokój wielu osobom. Co prawda kilka tzw. wdów smoleńskich, wyraziło mi uznanie za tekst, ponieważ też uważały, że stan ich bliskich świadczy o śmierci gwałtowniejszej niż w wyniku upadku z kilkunastu metrów, i bardzo przeżywały niedostatki śledztwa.
Warto teraz wrócić do tych spraw. Obraz zdarzeń, ostatnio w zasadniczej mierze zrekonstruowany przez wybitnych ekspertów i przedstawiony na konferencji 5 lutego, wydaje się coraz bardziej jednoznaczny. Obecnie jest więc wiele naukowo zbadanych dowodów wybuchu. Eksperci z zagranicy podkreślali kilka znanych już nieco wcześniej, ale niezbadanych dokładnie okoliczności, jak rozprysk odłamków na tysiące części, jak ostatni zapis TAWS, uruchomiony wg ekspertów na wysokości 36 m, a nie w kontakcie z ziemią, nagie ciała ofiar (podmuch), rozerwane nity poszycia. W ostatnich dniach dochodzą do tego sygnały o rozedmie płuc u zdrowych wcześniej ofiar i o śladach fali wysokotermicznej. Do problemu przyczyn katastrofy można teraz podejść przy znacznie już większej wiedzy, nie ma więc konieczności odwoływania się do tych drastycznych zdjęć. Tylko zła wola, motywowana grupowym interesem określonej zbiorowości może prowadzić do kwestionowania oczywistych faktów i ich wymowy.
Nie widzę dziś żadnej potrzeby oglądania zdjęć i zakłócania spokoju zmarłych, ich rodzin i ludzi, którzy nie chcą ich oglądać. Nie należało być może pospieszyć się i wzywać do ich obejrzenia.
*
Nie zamierzam podejmować dyskusji na łamach mediów z insynuacjami, jakie zdarzyły się w innych polemikach.
