Oto stoi sobie za dwieście milionów złotych niemy wyrzut sumienia: warszawski „Gargamel” przy Woronicza i Samochodowej. Gmach głupio wymyślony, bezużytecznie zaprojektowany, którego budowa ślimaczyła się przez kilkanaście lat, czterokrotnie przekroczyła koszty i teraz spełnia rolę biurowca dla urzędników udających redaktorów.

Mogliby sobie biegać z papierkami za o wiele mniejsze pieniądze. Chroni ich (chyba przed dopływem świeżej myśli) system elektroniczny, który pozwala wjeżdżać tylko na określone piętro. Najwyżej – siedzą faceci, którzy nie mają pojęcia jak ma wyglądać telewizja publiczna, nie potrafią poradzić sobie z balastem ponad czterech tysięcy ludzi zatrudnianych przez lata na wykreowanych przez nepotyzm posadach. Kolejne zarządy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Oni biorą tę fuchę, choć nie znają dnia ani godziny, bo mają zagwarantowaną sutą odprawę.

Ten kolos-smutas z Woronicza jest jak ogromny bezużyteczny parking znajdujący się przed gmachem. Dla wygodnictwa służb nie wpuszcza się nań samochodów. Ci, którzy „mają sprawę” tłoczą się w alejkach okalających obiekt, upychając samochody na rozjeżdżonych trawnikach, w błocie.

Kiedyś myśliciel dziejowy o nazwisku Stalin nakazał budować pałace, w których były przede wszystkim wielkie hole i przestrzenie korytarzowo-schodowe. I powstały liczne kościoło-podobne choć zupełnie bezbożne giganty w Moskwie, ale i jeden u nas. Małego Soso matka ciągnęła do imponujących świątyń – i on sobie tak właśnie utrwalił poczucie wielkości i piękna.

Dziś nie bardzo wiemy, co zrobić z gmaszyskiem pośród miasta – więc staramy się go zasłonić szklanymi domami (ten Żeromski to chyba okrutnie wierci się w grobie) budowanymi bez składu i ładu – ot gdzie jest akurat wolna działka.

Piosenek o pięknej Warszawie raczej nie należy nagłaśniać w Śródmieściu. Wymuszony w latach 50-tych import myśli ze wschodu został teraz zastąpiony dominantą zachodnią.

Tak to zlikwidowaliśmy najpierw banki, potem flotę i stocznie, przemysł samochodowy i cukrownie. Wyżeramy sobie kiszki coca-colą, a plony rodzimej ziemi ma nam zastąpić fast-food i owoce morza. Tak samo i w dziedzinie rozrywki już nie sami sobie w licznych naszych telewizjach wymyślamy programy ale… „zakupowywujemy” gotowe koncesje tychże programów, czyli tzw. FORMATY! Czy naprawdę nie stać naszych geniuszy na wymyślenie własnych „formatów”? Przecież w formalizowaniu spraw, piętrzeniu formalności jesteśmy mistrzami. Może tych, którzy nie potrafią wymyślić ciekawych programów trzeba uwolnić od kłopotów. Niech pomyślą sobie potem dlaczego nie chciało im się… myśleć (czytaj: pracować).

            Pusto na parkingu, pusto w zbędnym gmaszysku i pusto w głowie. Kiedyś twórca pojechał za granicę – jakimś psim swędem, albo obarczony dodatkowym zadaniem – podpatrzył, trochę dostosował i brylował nad Wisłą.

            Dziś wyjeżdżają bez problemu, legalnie wymieniają i kupują. Bo niby są to już koncepcje sprawdzone i będzie taniej. Tyle, że to wszystko jest na kredyt. Bankowy jest oczywiście kontrolowany i plajta wisi cały czas w powietrzu. Jeśli państwo nie poratuje – to się splajtuje? No, nie! Jak dotychczas zgodnie z obowiązującą nadal tradycją „zastaw się, a postaw się” państwo zawsze w końcu ratuje bankruta.

            To samo państwo nie potrafi wprawdzie dopilnować, by publicznymi mediami zarządzali ludzie kompetentni i mający pomysł na te media. To samo państwo raz mówi ludziom płaćcie abonament, a raz odradza. Ale to nasze państwo – więc precz z krytyką i byle - od wyborów do wyborów.

            Właśnie do nich zmierzamy. Jeden Pan już nie grupowo - na ludowo, ale pedałuje. Inni sportowcy walczą o stadionowe schody, bo autostradowe ambicje już odpuścili.  „Gębal” straszy już wszystkich Trybunałem. A pogrążeni w traumie liczą na sprawiedliwość ludzi, którzy woleliby żyć bez prawa, a przynajmniej zupełnie bez prawicy – którą np. „z Woronicza” wycięto jednym ruchem ręki delikatnej i pobożnej zdawałoby się Pani.

            Ba, wyrzucić łatwo (choć nie wszystkich) – ale co w zamian. Teraz – my. No, bo jak nie my – to kto? Jak nie teraz - to kiedy. Tyle, że trzeba odbębnić konkursy. Zbędne to i czasochłonne, ale to mus formalny i już!

W telewizji jest jak w Sejmie. I tak wiadomo kto wygra. Na szczęście w Senacie coś zaczyna się dziać. Obowiązuje zamknięta „klatka Faradaya”: trochę pokrzyczymy, powystępujemy, powiesimy się na murach, a potem nieco się poprzesiadamy i znowu w tym samym składzie zameldujemy się przed kamerami. Niegrzecznych redaktorów z ich głupią dociekliwością usuniemy. A grzeczni… będą grzeczni.

            Zbudowano dużo drogich domów. Ale dochody rosną tylko tym, którzy mieszkania dawno mają. Coraz więcej pustostanów. Stan taki ponoć nie może trwać długo. Jednak trwa.

            Zabawa w głuchy telefon z mediami też nie powinna już tak długo trwać. Ale też trwa. Trudno nagłaśniać problem skoro osądzani są właśnie ci od nagłaśniania. Oczywiście można by pokazać palcem, który to pan (pani) jest najbardziej „be”. Ale to po pierwsze wszyscy wiedzą, a po drugie pojedynczy ludzie z ich zasługami - wzbudzają na ogół sympatie. Więc kto winien? Ani chybi – Parkinson. To ten drań pierwszy dostrzegł, że od pewnego momentu biurokracja, decydenci już nie potrzebują nikogo – oni sami sobie dostarczą pracy.

            Róbcie wycieczki na Woronicza. Niech zrobią kasę na sprzedawanych biletach. Tam się bardzo dużo pieniędzy marnuje – więc przyda się każdy grosz. Może po takiej wyprawie nagle objawi się wspaniały menadżer – artysta, który powie i przekona co i jak należy zrobić by Telewizja Publiczna S.A (która ciągle jeszcze ma wspaniałe, drogie narzędzia) nie dała się rozdziobać przez… wrony i… kruki.

 

 

Stefan Truszczyński

8 sierpnia 2011


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl