Cieszę się na te wybory. Już są zapowiedzi, że w kampanię wyborczą będą się angażować celebryci. Słowo to oznacza osobę znaną z tego, że jest znaną. Głównie dlatego, że się pokazuje w telewizji. W radio trudno zostać celebrytą, bo tam nic nie widać.
Ostatnio sytuację poprawił nieco Internet. Czasami pogadanki radiowe są filmowane i wykładowcę bądź prelegenta można zobaczyć na ruchomych obrazkach w całej okazałości. Przynajmniej od połowy w górę. Mimo tak ogromnego postępu, internet nie jest jeszcze trampoliną do sławy. Z tych powodów najróżniejsi artyści śpiewający, tańczący, skaczący, dokonujący politycznych salt - aktorzy, dziennikarze śmiertelnie poważnie biorą hasło: „Nie ma cię w telewizji, nie istniejesz”.
Kierując się tą ważną życiową wskazówką, przyjmuję zaproszenia do
każdego programu, oczywiście pod jednym warunkiem. Dajmy na to dzwonią do mnie i pytają, czy dam się zaprosić na debatę o życiu myszek w trudnych warunkach arktycznych, np. w okolicach koła podbiegunowego północnego. – A gdzie będzie program? – W telewizji, na kanale „Z przyrodą na bakier”. – Ok. będę. Poproszę tylko o samochód. – Co, nie macie? Dobrze, przyjadę sam.
W radio? W takim kretyńskim programie? Nie ma mowy. Pani, która by z taką propozycja zadzwoniła, powiedziałbym prawdopodobnie: - Myszki? Mam często nad ranem halucynacje. Wykluczone.
Podobnie, jak wielu piszących kolegów, muszę się pogodzić ze swoim losem. Celebrytą nie zostanę. Wiek. I ten wygląd. Wszystko przeciwko mnie. Wybory dają jednak dużą szansę, żeby zaistnieć choćby jako pół celebryty. A nawet ćwierć. Też warto. Potrzebna tylko mobilizacja środowiska. Stąd mój apel do kolegów dziennikarzy. Nie do końca zrozumiałe, co proponuję? Możliwe. Wyjaśniam więc.
Otóż, w czasie ostatnich wyborów prezydenckich zaobserwowałem, że w komitetach poparcia kandydatów prym wiedli prawdziwi celebryci. Przemawiali, recytowali własne utwory, grzmieli na konkurentów swojego kandydata, ale ciągnęli za sobą mnóstwo anonimowych poetów, pisarzy, kabareciarzy (broń Boże, nie myślę o Janie Pietrzaku, żeby sytuacja była jasna, jemu komitety nie są potrzebne, nie musi się tam dowartościowywać), rzeźbiarzy, rysowników i grafików.
Również dla wielu z nas, drodzy koledzy dziennikarze, m.in. i dla mnie, komitety to wielka szansa, aby wyjść z cienia anonimowości. Przynajmniej przez chwilę poczuć się kimś, na kogo naprawdę zasługujemy, a co często jest dla nas niedostępne, bo nie doceniają nas.
Jeśli chodzi o mnie, kłopot w tym, że nie mam żyłki organizacyjnej. Nie mogę się więc angażować w tworzenie komitetu. Zepsuć jest łatwo. To widać naokoło.
Zachęcam za to gorąco innych kolegów, bardziej sprawnych i doświadczonych w pracach społecznych, do ich tworzenia Tym bardziej, że chyba nie trudno je zbudować. Z grubsza można lecieć poszczególnymi redakcjami i mediami. Trzeba tylko ogłosić nazwiska wszystkich pracujących w danym medium i stałych jego współpracowników (im też trzeba dać szansę). No i zebrać podpisy. A później już z górki. Wystarczy z komitetem wyborczym uzgodnić, kiedy członkowie komitetu mają być gotowi, żeby wspólnie z kandydatami popieranej partii, wziąć udział w wiecu wyborczym np. w Pałacu Na Wodzie, czy w Hotelu Europejskim. To już na komitecie wyborczym spoczywa obowiązek załatwienia transmisji telewizyjnej, po której zmieni się nasze życie.
Jerzy Jachowicz
19 sierpnia 2011 roku
