Od czasu, kiedy media przenoszą się w internet zachodzi dramatyczna zmiana treści przekazu. Nie tyle w tym, co piszą publicyści, ile w rozszerzeniu autorstwa i samej zawartości komunikatu. Bo nieodłączną częścią tekstów stają się komentarze internautów.

   Kiedyś publicysta brał odpowiedzialność za to, co sam napisał. Miał pełną kontrolę nad swoim tekstem, jeżeli wywalczył sobie mocną pozycję w redakcji. Teraz musi przewidywać a czasem nawet przyjmować moralną odpowiedzialność za słowa ludzi, których nigdy nie widział na oczy. A co gorsza, są anonimowi, kryjąc  się za nickami. To ich zwalnia z poczucia odpowiedzialności. Mogą sobie ulżyć publicznie, chociaż kiedyś załatwiali się w miejscu ustronnym albo wcale.

 

 

 W starych, dobrych czasach publicysta żył w przeświadczeniu, że jego czytelnicy są mniej więcej na tym samym poziomie. Domyślał się, że mogą nie zgadzać się z jego poglądami ale mają zbliżone oczekiwania wobec debaty publicznej. Takie wysokie oczekiwania wobec debaty żywili także sami czytelnicy, gdyż nie mieli wyjścia. Obszar ich niewiedzy i braku manier polemicznych krył się w mroku niewypowiedzianego. To im dawało przeświadczenie, że są prawie tacy sami, co wytrawny autor. Czytali go, a co znaczyło, że pisał dla nich. Można było wierzyć, że jest się w tym samym towarzystwie. Kto nie zgadzał się z autorem artykułu, ten musiał podać rzeczowe argumenty. Nie można było uciekać się do wyzwisk przy ich braku, bo redakcje nie opublikowałyby takiej polemiki.

   Dzisiaj mamy administratorów portali zamiast doświadczonych redaktorów. Są to na ogół młodzi ludzie po zepsutych szkołach. Ci reagują tylko przy największych nadużyciach wolności słowa, bo pracodawcom zależy na klikalności. A im większa awantura, tym klików więcej.

   Co się dzieje, kiedy anonim czyta w internecie wypowiedzi publicysty, z którymi się nie zgadza? Ulega impulsowi gniewu, a ten szuka sobie najłatwiejszego ujścia. Napięcie psychiczne zmusza komentatora, żeby jak najszybciej je rozładował. Najłatwiej sięgnąć po klisze. Stąd wynika schematyczność  dość wielu komentarzy. Anonim zarzuca też autorowi brak odwagi, a sam się kryje i strzela zza węgła.

   Można też autorowi dołożyć szyderstwem raczej tanim, gdyż cienkie szyderstwo wymaga pewnej pracy i kultury. Można pomówić  o najniższe pobudki. W starych czasach, kiedy jeszcze ludzie spotykali się ze sobą oko w oko, oszczerca dostałby w pysk. W internecie nic mu nie grozi, ponieważ publicysta nie może zastosować odpowiednika spoliczkowania, czyli rzucić grubym słowem. Nie może, bo nie powinien tępić swego języka i umysłu. Są to jedyne narzędzia pracy i walki, jakie ma w posiadaniu.

   Oburzenie komentatorów wzmagają też projekcje, czyli rzutowanie na autora obrazu ich wrogów. Na przykład premiera rządu, prezesa opozycyjnej partii, sprzedajnego artysty czy dziennikarza. Co by o nich nie powiedzieć złego,  na pewno mają wyższą pozycję społeczną od komentatora. A to budzi zazdrość. Skoro się wywyższają, trzeba ich poniżyć. Autor tekstu wydaje się należeć do wyniosłego grona „onych”, no to łup! Działa także zwykłe poczucie krzywdy. Wielu ludzi zostało skrzywdzonych przez transformację ustrojową i pretensję kierują wobec prawie wszystkich, którzy wydają się żyć lepiej. Publicysta zbiera od nich razy pod pretekstem gniewnej niezgody z tezami artykułu. Są czasami tak głupie, że możnaby sądzić, że komentatorzy nie zrozumieli, co przeczytali. Lecz to tylko pretekst, by sprawić sobie szybką ulgę.

   Oczywiście są wyjątki i to nawet liczne. Mam stałych polemistów, ktorzy pomimo anonimowego nicka piszą logicznie i kulturalnie. W przeciwieństwie do wielu kolegów, odpowiadam na komentarze. Nowe medium umożliwia nowy sposób bycia publicysty w erze internetu.

Krzysztof Kłopotowski

   

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl