O dziennikarzach, wyborach i Misiu.
Nie zapomnę jak kilka lat temu powiedziałem o dziennikarzach lokalnej TV publicznej, że rzucają się od ściany do ściany w rytm wyborów. Moja szefowa, wówczas kierowniczka redakcji, powiedziała krótko: mścić się na tobie nie będziemy. Ale wiedziałem, że sądny dzień i tak przyjdzie. Dzień wyborów.
Dla ilu dziennikarzy wybory oznaczają koniec kariery, złamane życiorysy, nocne lęki, czy przeciwnie: udane żniwa, przyspieszoną karierę, czy nowe obietnice? Wybory często decydują za nas o naszym losie. Nie dziwi mnie wcale to, co niedawno napisał w swoim felietonie Jerzy Jachowicz. Że w pewnej redakcji po ogłoszeniu wyników ostatnich wyborów, dziennikarze cieszyli się bardziej niż politycy. To be or not to be wyraziło się w tak przyziemnym stylu. Szampany odkorkowano i bawiono się do białego rana, niczym na wiejskim weselu. A kulą, z której wróżono przyszłość były usta zwycięskich polityków.
Logika polityki spotyka się z logiką mediów w kostiumie dziennikarza, poszukującego adaptacji do nowych warunków, w których przychodzi działać po zmianie. Śmiem twierdzić, że nigdzie dziennikarze nie przeżywali (nadal przeżywają?) takich stresów, jak w publicznej telewizji. Wielu moich znajomych miało łzy w oczach (szczęścia lub rozpaczy) gdy wygrywał PiS albo wygrywało PO. Nie wiedzieli, że w obu przypadkach oni PRZEGRYWALI.
Elżbieta Królikowska – Avis, korespondentka polskiej prasy z Wielkiej Brytanii, w rozmowie na naszym portalu zapytana czy dziennikarz zawsze powinien być w opozycji wobec władzy, nie miała wątpliwości i odpowiedziała: ZAWSZE.
Sokrates – archetyp dziennikarza w ogóle, Benjamin Harris i Nelly Bly – archetyp dziennikarza śledczego i dziennikarki - detektywa, Bob Woodward – ikona współczesnego investigative reporting; wszyscy oni byli władzy nieposłuszni. Tak jak wielu innych byli świadomi czwartej władzy, siły sprzeciwu, duchem, który zawsze przeczy i mówi światu władzy twarde NIE.
Można by zapytać gdzie są ci chłopcy (i dziewczyny) z tamtych lat? Gdzie są ci, co zostawiali legitymację partyjną na portierni? Boją się, żeby im jej nie ukradli, czy nie ma już portierni? Mam na myśli nawet bardziej niektóre telewizje prywatne niż publiczną; to w ich okienku telewizyjnym częściej pojawia się miś, który opowie bajkę na dobranoc na kogo głosować dziś.
Nie inaczej dzieje się z wieloma tytułami, które – jak pamiętamy – zachęcały nagłówkami swoich artykułów do głosowania na tego, czy tamtego: Tusku musisz albo Kaczyński na premiera. Tertium non datur, bo logika dwójpodziału zaproponowana przez dwie główne partie zaczęła obowiązywać w mediokracji i dobrze sprzedawała się jako show dla publiczności i dziennikarzy.
Idę o zakład, że Tomasz Lis wybierze mniejsze zło (czyli PO), że Piotr Zaremba zagłosuje na PiS, że SLD ma zwolenników wśród dużej grupy dziennikarzy publicznej TV, itd. Być po jakiejś stronie, to jeszcze nie grzech, ale być ciągle po właściwej stronie, to albo znamię inteligencji albo k………
Dziennikarz w opozycji wobec rządów PiS, ten sam w opozycji wobec rządów PO – czy można inaczej sobie wyobrazić dziennikarza śledczego? Czy może być dziennikarz śledczy po stronie rządzących i śledzić opozycję: inwigilować ją, podsłuchiwać, szukać afer w rozmowach i w czasie narad partyjnych? Czym wtedy różniłby się od CBA, ABW, czy tajnej policji Fouche’a?
Żołnierze partii to jedna kategoria – zawsze zwarci i gotowi do poparcia prezesa, prezydenta, czy premiera. Posłuszni i wykonawczy, prawdziwa gwardia pretoriańska na pierwszym froncie ideologii mediów. Któż to i gdzie ich szukać? WSZĘDZIE! Wystarczy rzut oka w tył lub wprzód, ale co zrobić z lustrem, bo i jak się w nim przejrzeć nie widząc siebie, lecz swoją odwrotną stronę?
Akolici ideałów i zaangażowani publicyści, to druga kategoria – kategoria idealistów, opowiadających się po stronie nie partii, lecz wartości: liberalnych czy konserwatywnych, socjalistycznych czy nacjonalistycznych, lewicowych czy prawicowych, oddanych bardziej sprawie niż twarzom, przeżywający gorycz rozczarowania, gdy ich kandydat zawiedzie. Ale niezawodzący się na ideałach. Wiecznie młodzi z głową w chmurze, dziś najczęściej w chmurze internetowej.
Trzecia kategoria: dziennikarz obrotowy; to tu , to tam, ale zawsze po właściwej stronie, stronie władzy, do której zawsze po JEJ zwycięstwie nabiera przekonania. Nie zapomnę pytania zadanego mi przez pewną dziennikarkę: powiedz, kto wygra, bo nie wiem jak się zachować. Ja też nie wiedziałem, ale gdy nie wiesz, to przecież reguła jest stara jak świat: zachowuj się przyzwoicie. Ale jak być przyzwoitym, gdy kredyt wzięty, dzieci i żona/mąż w domu czekają, a wczasy w Egipcie kuszą? No powiedz, drogi Czytelniku, jak?
Czwarta kategoria: nie interesują się polityką - rzemieślnicy, wyrobnicy, galernicy i artyści. Niezależni, skupieni wyłącznie na fachu. Przerzucani często z kąta w kąt, czasem pomocni, czasem nikomu niepotrzebni. Indywidualiści, dla których wartością największą jest ich praca i (choć nie zawsze) odbiorca.
I wreszcie piąta kategoria: merkantylna, biznesowa. Nie jest ważne co je czyje i kto wygra. Ważne, żeby kasa była, Misiu (kategoria z Misia wzięta). To się liczy: czyli naszą prawicowość przenicujemy na lewicowość, liberalizm na konserwatyzm i na odwrót, jak trzeba. A trzeba, bo lepsza solidarność w dobrobycie za 1o tysięcy niż w biedzie klepana za tysiąc.
Och, powie ktoś, toż to wszystko z głowy frustrata wyszło i gdzie on był w dniu kiedy optymizm rozdawali? Dziękuję, wystarczy mi optymizm wyborczy: prorokuję, że wybory się odbędą, a zwycięzców będzie jak zwykle więcej niż zwyciężonych.
Jak mówi stare przysłowie nie wszystko złoto, co się świeci. Ale my, dziennikarze, nie powinniśmy zapominać, że jesteśmy na świeczniku, i obyśmy na nim nie zgaśli.
Marek Palczewski
22 września 2011
Ps. A co do złota, to jego cena rośnie - ku własnej chwale. A nasze pensje – NIE.
