Być może pojawiła się szansa na rozwiązanie problemów z nieszczęsnym artykułem 212 kodeksu karnego. Otóż zamiast jego likwidacji zmierzamy ku jego umasowieniu. Do Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zaczynają trafiać przypadki, w których z tego dziwacznego paragrafu, będącego najdoskonalszą mieszanką, kwintesencją absurdów peerowskiego prawodawstwa i polskiego tradycyjnego pieniactwa, pozywają się obydwie strony. Tak więc przykładowo burmistrz X pozwał redaktora Y o pomówienie, a redaktor Y pozwał o to samo burmistrza X. Nie jest to felietonowy żart, a prawda. Podobno takich sytuacji jest w Polsce więcej.
Na dobrą sprawę pozwy mogłyby dotyczyć samych pozwów, czyli na przykład tego, że w pan X pomówił pana Y wytaczając mu sprawę, a potem pan Y mógłby wytoczyć panu X sprawę karną widząc pomówienie w tym kolejnym pozwie. W ten sposób strony wpadałyby z koszmaru w koszmar niczym śpiący król z bajki Stanisława Lema. Zresztą sporo już w tym kierunku zrobiły niektóre komendy policji, które gdy ktoś składał skargę na to, że pobili go funkcjonariusze albo staranował radiowóz, wytaczały mu proces o pomówienie. Zdrowa postbolszewicka mentalność zawsze zwycięży jakieś tam demokratyczne reguły. Wystarczy jej stworzyć małe możliwości, otworki by mogła funkcjonować w systemie. Takie właśnie jak artykuł 212 - pozwalający dziesiątkom posłów, radnych, burmistrzów, wójtów, komendantów i biznesmenów pozostawać poza kontrolą, bo odstraszać dziennikarzy od siebie tym, że mogą wytoczyć im proces, który zrobi z tych ostatnich kryminalistów. A pieniądze na procesy i kontakty w sądach mają oni, a nie jacyś tam pismacy. Nierzadko zresztą są to pieniądze publiczne.
