Pierwszego dnia, gdy tylko nastało nowe XXI stulecie, wedle kalendarza; z judeo-chrześcijańskiej kultury się wywodzącego – postanowiłem zrezygnować z posiadania telewizora. Pożyczyłem więc komuś  to dość wielkie, bo przez Niemców wyprodukowane, urządzenie. Zaraz temu komuś je skradziono, a ja miałem wielką ulgę, bo właśnie usłyszałem od sądu wyrok eksmisji, więc mogłem skoncentrować się na myśleniu; gdzie ulokuję moją pokaźną bibliotekę, a nie jakiś niemiecki, do tego wielki telewizor. Mam zmartwienie z kolekcją książek zresztą do dzisiaj. Ale miało być o telewizji, której poprzysiągłem sobie wcale nie posiadać i nie oglądać.

Właśnie zwycięski pochód przez świat rozpoczynał internet. Korzystałem już z niego intensywnie, w ramach redakcyjnych obowiązków, ale nagle dostrzegłem w nim wspaniałą alternatywę dla telewizji. Mogłem sam sobie ustalać program „ruchomych obrazków”, jakie będą mnie wieczorami rozweselały. I z jakże bogatej, bo ogólnoświatowej, biblioteki mogłem je pobierać. Naturalnie, bardzo lubię chadzać do kina, szczególnie chętnie, gdy wolę towarzyszenia mi wyrazi nadobna i rozszczebiotana towarzyszka. Atoli, nie ma to jak samemu sobie coś ściągnąć, zasiąść przed kompem i oglądać. Ha! Ależ to przyjemność!

Z początkiem tego roku zamieszkałem, jak się okazało na chwilę, w jednej z podwarszawskich, uroczych miejscowości. Lądując w nowym lokum stałem się także posiadaczem telewizora, który sobie już na mnie czekał. Nie zwróciłem uwagi na jego markę, ani narodowość producenta. Dzisiaj  tego dowiedzieć się nie mam szans ponieważ ów telewizor już nie żyje...

Do jego zejścia doszło oto tak. Postanowił sobie pewnej nocy dokonać; auto da fe, zupełnie nie interesując się tym, iż śpię snem sprawiedliwego dwa metry od niego. Na szczęście, pomimo lat wielu, posiadam jeszcze nie zatracony instynkt  czujności, który pozwolił mi w porę się obudzić i podjąć walkę z żywiołem, jaki ten cholerny telewizor rozpętał. Miałem nawet chwilę paniki, gdy to już w dłoni telefon dzierżyłem, aby po druhów strażaków zatelefonować, ale się w porę opamiętałem, i przed drwinami ogniobójców się ratując, ugasiłem to piekielne urządzenie. Zdenerwowałem się, nota bene, nie zgorzej ponieważ ogień zdążył był liznąć trochę przyległości tego: tv set`u, nadgryzając m.in. portret rotmistrza Dunin-Wąsowicza, dowódcy ostatniej szarży ułańskiej w historii ludzkości. Choć, kto to wie co tam historyja nam jeszcze wypichci...

Morał więc z powyższej historyjki płynie prosty - nigdy nie łam przyrzeczeń. Szczególnie tych samemu sobie składanych.

 

Konrad Zbrożek

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl