Lista dziennikarzy przestępców, dla których nie ma miejsca we wpływowych mediach, ogłoszona ponad trzy lata temu przez Adama Michnika, w praktyce powiększa się z każdym rokiem. Do tego zbioru dziennikarzy i publicystów wykluczonych, choć właściwsze byłoby określenie przeklętych, trafiają ci ludzie mediów, którzy krytykują obecną władzę.
Ich dewiacja robi nieodwracalne spustoszenia, które sprawiają, że stają się zagrożeniem dla ustalonego przez ludzi światłych porządku. Wyklęci nie są bynajmniej przestępcami kryminalnymi. Aż tak źle z nimi nie jest. Nie zasługują jednak w najmniejszym stopniu na to, by traktować ich poważnie jako partnerów w publicznej debacie. Udziału w takiej dyskusji po prostu nie są godni. Według twórcy tej listy prawdopodobnie nie są warci czegokolwiek. No, może poza pogrzebem. Ale bez żadnych honorów, należnych osobom poważanym. Czyli bez błogosławieństwa, mów pożegnalnych, wieńców, wiązanek, a nawet pojedynczych kwiatów. Oraz innych rzeczy towarzyszących zwykłemu pogrzebowi. Oczywiście mówię o pogrzebie dziennikarskim. Nie trzeba nawet uzasadniać upokarzającego pochówku. Ci, którzy skazują innych na skreślenie w mediach mainstreamowych, pytani z jakich powodów skazują kogoś go na taki los, odpowiadają – samo nazwisko nie wystarczy?
Oznacza to, że do tego nazwiska przywiązane są na stałe najgorsze cechy, które wcześniej się zmaterializowały, a teraz nie ma potrzeby wymieniać ich nawet, by wykląć z godnego towarzystwa różne kreatury. Czasami może występować pod jednym szyldem kilka cech, które dyskwalifikują dziennikarza. Ale bywa i tak, że wystarcza jeden sygnał, by uznać jegomościa za dziennikarza czy publicystę odrażającego. W przypadku kilku nazwisk, lista Michnika odwoływała się milcząco do naruszenia dziennikarskich standardów jako podstawy wyroku skazującego. Ale już wtedy widoczne było, że prawdziwym motywem negatywnego wyróżnienia większości obecnych na liście były niewłaściwe sympatie polityczne. „Diabłem, któremu zaprzedali duszę” są prawicowe lub centrowe przekonania. Najciekawsze jest to, że to sporządzający listę sami ustalają kryteria kwalifikacji politycznych przekonań lub sympatii. Znam wielu dziennikarzy, znajdujących się na proskrypcyjnym wykazie, którzy mają jednakowy stosunek do najbardziej skrajnych politycznych ugrupowań. Starają się odnosić z podobnym dystansem do każdej partii. Niewiele im to pomaga, jeśli przez wpływowe postaci mediów mainstreamowych uznani zostali za skażonych prawicowością. Ma to swoje wielorakie negatywne skutki. Niech każdy sam spróbuje odpowiedzieć sobie, jakie? Nie zapominajmy jednak, że jak każda rzecz, ma to swoje i dobre strony.
Jerzy Jachowicz
7 stycznia 2012
