Nie minął miesiąc od wystąpienia premiera w agencji Bloomberga, gdzie zaproponował Unii Europejskiej parę zasad, które powinna przyjąć za swoje, jeśli chce się rozwijać, a nie zwijać. A tu, proszę! Cameron sam wprowadza jedną z tych reguł w życie! „Konkurencyjność – mówił w agencji – jest motorem gospodarki. A więc mniej hamletyzowania i biurokracji, za to więcej otwarcia na świat, na gospodarki, których PKB jest 3 razy wyższe niż w niejednym kraju Europy”. Oczywiście chodziło o Chiny, Indie i Brazylię. To było miesiąc temu, a już w ubiegłym tygodniu Cameron złożył 3-dniową wizytę w Indiach, co znaczy, że gdy wspominał o konkurencyjności, przygotowania do wizyty już trwały. I że – w przeciwieństwie do władcy z „Bajek z królestwa Lajlonii” Leszka Kołakowskiego, i jego „co dla króla na górze, to dla poddanych na dole, i basta” - kuracji, którą doradzał Brukseli, sam się poddał, bo uważa, że jest dobra i skuteczna.
Jak bardzo poważnie traktuje Cameron współpracę z Indiami, niech świadczy liczebność i skład brytyjskiej delegacji – była to najliczniejsza pozaeuropejska grupa biznesowa jaką pamięta Downing Street. 159 osób, reprezentujących mały, średni i wielki biznes, ten ostatni to m.In. BP, Rolls-Royce, BAE Systems, Debenhams /sieć dobrych domów towarowych/, reprezentanci sektora edukacji, służby zdrowia, bankowości, infrastruktury, nowych technologii i obrony. A więc pięciu ministrów, w tym David Willets / uniwersytety/ oraz grupa wysokich dostojników college’ów Oksfordu i Cambridge, Greg Barker /energetyka/, który jak widać wrócił do łask po skandalu, gdy wymaszerował z domu z projektantem wnętrz, którego wraz z żoną zatrudnili do przeprowadzenia remontu, Hugo Swire / ministerstwo spraw wewnętrznych/ i lord Green / ministerstwo handlu/. Prawdziwa „podróż do Indii”, że przypomnę tytuł znanej powieści E.M. Forstera, którą tak wspaniale zaadaptował na duzy ekran David Lean. Poświęciłam składowi delegacji sporo miejsca, aby pokazać jak ogromną wagę Cameron przypisuje kontaktom handlowym z Indiami. Bo choć tutejsza liberalna lewica do dziś bije się w piersi z powodu krzywd doznanych przez Hindusów z powodu Brytyjskiego Imperium, kiedy przychodzi do ogólnokrajowego konkursu na ulubionego poetę, to właśnie Rudyard Kipling, „piewca Imperium”, bije innych na głowę.
Przebieg wizyty potwierdził wszystkie nasze przewidywania. Już pierwszego dnia w Bombaju /Mumbaju?/ premier przypomniał, że „Wielką Brytanię od kilkuset lat łączą z Indiami specjalne stosunki, i ma nadzieję na ich utrzymanie”. Ale zaraz za tym poszła deklaracja, że „byłby to nowy rodzaj partnerstwa, na miarę nie XX, a XXI wieku”. Następnego dnia, w Armitsarze, przeprosił Hindusów za masakrę w 1919 roku, kiedy od kul żołnierzy brytyjskich zginęło prawie 400 osób – zapewne, aby wskazać ten „nowy kierunek współpracy”. W stolicy biznesu Bombaju, nieżle się spisał w rozgrywkach w krykieta – w drogich prywatnych szkołach z internatem, które kończył, sport jest równie ważny, co przedmioty akademickie – czym zdobył sobie kilka dodatkowych punktów. Następnie podczas spotkania w zakładach elektronicznych poinformował, że indyjscy biznesmeni, udający się na Wyspy, będą otrzymywali wizę w ciągu jednego dnia, a na spotkaniu ze studentami – że znosi limity dla młodych ludzi, którzy będą chcieli w Wielkiej Brytanii studiować, a potem podjąć pracę. Nad Tamizą wciąż obowiązują restrykcje po skandalu, kiedy się okazało, że gangi umożliwiły tysiącom młodych Hindusów otrzymanie wizy na podstawie fałszywych dokumentów z uniwersytetów, które nigdy nie istniały. Warto wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym wydarzeniu. Kiedy premier Hollande wrócił z Delhi do Paryża z niczym - chodziło o gigantyczny, wart 6.4 mld funtów kontrakt na dostarczenie 126 myśliwców typu Dassault Rafale dla indyjskich sił zbrojnych – Cameron, podczas spotkania z premierem Manmohanem Singhiem nie zawahał się poprosić o przemyślenie raz jeszcze kandydatury Francji, „w sytuacji gdy samoloty Eurofighter Typhoon, w których produkcji bierze udział Wielka Brytania, spełniają najwyższe standardy”. Po prostu próbował wymanewrować swojego unijnego sojusznika z bardzo korzystnego kontraktu! Na koniec, przypominając, że już dziś „połowa indyjskich inwestycji w Europie lokowana jest w Wielkiej Brytanii”, wezwał indyjski rząd do „ otwarcia dla brytyjskich inwestycji oraz uproszczenia przepisów wizowych i prawnych, które torpedują rozwój gospodarczy Indii”. Downing Street ujawniła także, iż Wielka Brytania będzie współpracować przy budowie kilku nowych miast wzdłuż 900-kilometrowej trasy, łączącej „centrum biznesu” Bombaj z indyjską „Krzemową Doliną”, Bangalore. Po prostu wiedząc, że brytyjska gospodarka wciąż kuleje, Cameron, nie oglądając się na Brukselę, popłynął za morza i oceany, aby poprzez nowe kontakty i kontrakty, ożywić gospodarkę swojego kraju, uczynić ją „bardziej konkurencyjną”. Wiele można mu zarzucić, np. że nie dość ofiarnie broni etosu wartości konserwatywnych, ale na pewno nie to, że jest kiepskim gospodarzem i nie działa zgodnie z interesem swego kraju.
Jednak to prawda, że kiedy Cameron wspomina o historii Wielkiej Brytanii, wysyła sprzeczne sygnały. Np. po przeprosinach za masakrę w Armitsarze /”powinniśmy potępić śmierć 379 ludzi”/, dodał jednak, jak rasowy thatcherysta, że „wciąż jest dumny z osiągnięć Brytyjskiego Imperium”. A już w domu podsumował: ”Oczywiście, były dobre i złe momenty. Złe winny być dla nas lekcją, ale dobre należy celebrować. Jednak podczas trwania Imperium zdarzyło się mnóstwo rzeczy z których powinniśmy być dumni”. Myśl tę szybko podchwyciły konserwatywne dzienniki z The Daily Mailem na czele:” David Cameron – pisał Stephen Glover - ma rację, wyrażając wstyd za to, co zdarzyło się w Armitsarze, ale zgadzam się z nim, kiedy mówi o dumie z osiągnięć Imperium. Gdyby jeszcze więcej Brytyjczyków czuło tak samo!” Ale nie ma wątpliwości, iż „Zelazna Dama” była ostatnim brytyjskim przywódcą, który mieścił się w historycznym podziale na prawicę i lewicę. Potem przyszedł Tony Blair z ideologiem Labour Party Peterem Mendelsonem w parze, i wszystko się zmieniło. A następnie David Cameron sformułował swój „nowoczesny, współczujący konserwatyzm”. I nie wydaje się, żeby z tej drogi był jakiś odwrót. Inaczej wygląda sytuacja polskiego konserwatyzmu. Od ponad 70 lat w stanie hibernacji, najpierw Sowieci, teraz nie do końca zidentyfikowane siły, stojące za Platformą. Trzeba go zatem „odmrozić” i sformułować na nowo. Z jednej strony zaktualizować, ale z drugiej - nie pozwolić odejść za daleko od polskich korzeni, jeśli ma pozostać nasz.
Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, 26 lutego 2013.
