Dziennikarski ludu roboczy. Larum grają. A wy tak jeden po drugim na zbitą twarz dajecie się wywalać z roboty.
Autor książki szczerej na pół gwizdka, opisującej jego własną szczęśliwa passa – już w cotygodniowym felietonie – cieszy się, że jego kolega stracił pracę. – Beznadziejny był ten Janecki – pisze „wprost”. Dokłada również imiennie innym: Zarębie, Masłoniowi. To przez nich ma wkrótce „paść” Rzepa.
Nie będę taki wredny – niech pozostanie nasz geniusz felietonowy anonimowym. Tym bardziej, że z jego „spółdzielni” zwalniają już masowo. Odchodzi szef zagranicy – zawsze taki wesoły i odchodzi paradująca często w wielu telewizjach, a nawet występująca na teatralnej scenie zasłużona wybitnie - wydawało się podpora - tygodnika na „P”. O dziwo zwalniają tam też fotoreporterów i to tych najwierniejszych. No cóż idą ciężkie lata, więc sentymenty precz.
Coraz większe kupki niesprzedanych periodyków zalegają na kioskowych ladach. Jeszcze się trzymają jako tako redaktorzy naczelni. Głównie dzięki refleksowi i przeskakiwaniu między redakcjami. Oni zresztą biorą jak leci. Nic to – newsroom telewizyjny, czy news tygodniowy. Jeśli trafiłaby się obok budka z piwem – też wezmą. Pecunia non olet. Milion miesięcznie za program – a czemu nie! W końcu mamy już prawdziwy kapitalizm. Niech robole płacą, a emeryci niech się cieszą, że w ogóle państwo chce jeszcze na nich łożyć!
Wolny rynek – psia mać! Mordę w kubeł i tak trwać! Albo i nie trwać, jeśli KRRiT – sąd nie zgodzą się na to „trwanie”.
W gazetach codziennych też lecą won fotoreporterzy. A zdawałoby się, że ludzie już coraz mniej chcą czytać – a więcej oglądać. Cywilizacja obrazkowa dominuje. Niestety – dla fotoreporterów – wszyscy już mamy cyfrówki, więc właściwie po co ci specjaliści od foto? Sami sobie natrzaskamy zdjęć ile tylko przepastna pamięć pomieści. Zresztą kogo tu żałować. Na konkursy foto wpływają prace coraz słabsze – usłyszałem od Stefana Zubczewskiego szefa przedwczoraj ukończonego dorocznego konkursu SDP-owskiego Klubu Fotografii Prasowej. No, jest jeszcze Pan Gudzowaty – junior. Ale przecież wszystkich rywalizacji nie obskoczy.
Ale nie wszyscy też wydają się być zmartwieni.
Dostrzegłem ostatnio nową parę: bardzo zadowolone gęby Mosza i Wróbla. Dwa podstarzałe chłopczyki szczerzyły zęby z ekranu: Teraz My! – tyle, że w publicznej. Będzie więc pedagogicznie i ekonomicznie – bo jeden z nich to przecież wybitny ekonomista. Pamiętam jak zapewniał o tym onegdaj Leszek Miller. Też spec wybitny. I w końcu prawdziwy mężczyzna, o których to – jak wiadomo – coraz trudniej.
Pisze do SDP-u młody człowiek:
„Po co nam taki kraj, który zafundował nam kretyńską reformę edukacji polegającą na tym, że WSZYSCY pójdą na studia i zdobędą na państwowych uczelniach (lub kupią sobie na prywatnych) tytuł magistra. A i tak wartość intelektualna większości tych „studencików" jest żenująca (taka sama jak po gimnazjum/liceum - dla wielu progres intelektualny kończy się wraz z końcem wzrostu kości piszczelowych; stąd też tak wielu matołów na i po studiach), a 5 lat studiów to wyłącznie biznes dla rektorów i wykładowców. Kasa płynie strumieniami, a chętni zawsze się znajdą! Przecież czeka na nich wymarzony kierunek!
I ja również tak myślałem. Chciałem studiować, było to możliwe. Rodzice mi pomogli i wyłożyli łącznie ok. 40 tys. zł na ten cel. Też wierzyli w normalność. I rozumowanie było całkiem poprawne, bo mieć magistra a nie mieć - to jest różnica. A raczej, to była różnica - na początku. Na pierwszym roku myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi! Wtedy wydawało mi się, że po zakończeniu studiów, ten nasz wspaniały kraj chyba nie wykręci aż takiego numeru, żeby absolwent, który nie bez trudu przez 5 lat harował i hartował się na uczelni, po zakończeniu nauki został bez pracy! A jednak, tak się stało!”
Tyle – 24-letni absolwent politologii, ze specjalizacją dziennikarstwo, po przyzwoitych – jak sam zaznacza – dziennych studiach na UAM w Poznaniu. Takich nabranych, oszukanych, a do tego jeszcze niedouczonych w małych ośrodkach na jeszcze mniejszych „uczelniach” jest dziś tysiące!
W Sejmie nadal siedzą mądrale, które niedawno zlikwidowały szkolnictwo zawodowe. Obok nich „zawodowi” – jak lubią się nazywać – posłowie. Oni nie mają sobie nic do zarzucenia. Tak jak „naczelni” przeskakują z partii do partii. Marnują czas za nasze wyciągane bezwzględnym przymusem podatkowym pieniądze. Wybrańcy – czy przebierańcy? Byłoby śmiesznie, gdyby nie tragiczne skutki. Oni wszyscy nie mają pojęcia co dalej robić z TYM PAŃSTWEM. Byle od wyborów do wyborów.
Patrzę - jedzie ulicą samochód z emblematami OHP Radom. Z agitką, reklamą - ale rzeczywiście skromną: „Z nami sukces jest możliwy” Tylko tyle, a może aż tyle. Ale czy znajdą się ochotnicy, by jeszcze raz zaryzykować?
PR-owcy nadal wychodzą ze skóry, by to słowo gwałcić: SUKCES! Przeżarto je i zdewastowano. Jednak naiwnych nie sieją – sami się rodzą. Stręczycielstwo jest karalne. Wciskanie kłamstw – ciągle nie!
Stefan Truszczyński
12.03.2012 r.
