Hienki małe dwie pasły się na łączce, a dziad wiedział, nie powiedział i to było tak. A takiego dziada w Starożytnej Grecji zaraz by zabili. Za co? Na przykład za grę na giełdzie przeciwko Atenom. Całe szczęście, że starożytni nie znali giełdy i Sokrates zginął (bo się otruł sam) od cykuty. Gdyby żył, to być może Cezary Michalski chciałby go podwieźć własnym samochodem – w bagażniku.

Wielu czytelników zbulwersował fragment, a dosłownie mały fragment wpisu na blogu Cezarego Michalskiego w „Krytyce politycznej”. C.M. proponuje w nim profesorowi Rybińskiego przewózkę w bagażniku własnego samochodu. Panowie się ponoć osobiście nie znają, stąd być może taka zdawkowa grzeczność dziennikarza. Rudymenty owej grzeczności nie spodobały się jednak Obywatelskiej Komisji Etyki Mediów, która wydała oświadczenie piętnujące dziennikarza. A przecież chciał on wyświadczyć Profesorowi drobną przysługę i podwieźć go własnym samochodem. Co prawda w bagażniku, ale możliwe, że pozostałe miejsca wewnątrz miał już zajęte. Nie wiem dokąd wybierał się Michalski, ale jeżeli wybierał się w daleką podróż, to na całą sprawę należy spojrzeć inaczej; przecież mógłby na przykład do kufra włożyć jakieś rzeczy, ale on nie, i w swej hojności proponuje jeszcze podróż profesorowi. A Krzysztof Rybiński nie umie podanej ręki z przysługą prawidłowo uściskać i kieruje do prokuratury publiczny donos, że Michalski chce go zabić. Ot, prawdziwa niewdzięczność spotkała dziennikarza.
Ale wpadek w ocenie intencji zaobserwowałem więcej. Oto Katarzyna Kolenda – Zaleska w programie „Fakty po faktach” zapytała z troską „detektywa” Krzysztofa Rutkowskiego czy ma chore oczy, bo przyszedł do studia w okularach. I zaraz zaczęło się piekło, że chciała mu dopiec. A przecież człowiek z troską pochylający się nad zdrowiem drugiego powinien być traktowany jak lekarz. Doktor - okulistka Kolenda-Zaleska chciała może zbadać Rutkowskiego, przepisać szkła korekcyjne, lecznicze, żeby inaczej spojrzał na rzeczywistość i nie zachowywał się „obrzydliwie”. Pani doktor troszczyła się też o gardło detektywa i często mu przerywała albo i nie przerywała, popijając wodą, kiedy robiło się w studio gorąco.
Te dwa przykłady pokazują jak może widz czy czytelnik pomylić intencje dziennikarza, przypisując mu niegodne zachowania. Nie jest w ogóle prawdą, że oboje chcieli przygwoździć czy znieważyć swojego rozmówcę, polemistę, czy zaproszonego do studia bohatera masowej wyobraźni. Przecież nie mieli ani gwoździ, ani wagi. Mieli natomiast pierwszorzędne propozycje, które, niestety, zostały źle odebrane.
Marek Palczewski
16 marca 2012
Zapraszam na mój blog: www.sdp.pl/marek-palczewski-blog
