Wpadali. Bili i dotkliwie pobili wszystko co się ruszało. Potem okazało się, że to pomyłka. W studio TVN dziennikarz Morozowski rozmawia z policjantem od takich właśnie akcji. Młody, choć ponoć już doświadczony, funkcjonariusz jak mantrę powtarza, że na razie nic nie można jeszcze wyrokować i dopiero prokurator może ocenić akcję.
Antyterroryści byli ponoć tak brutalni – zapobiegawczo, bo się bali: że ponoć uzbrojony i bezwzględny bandzior mógł im zrobić krzywdę. Dziennikarz w studio boi się sprzeciwić nie tylko opiniom głoszonym przez bardzo pewnego swoich racji policjanta, ale nawet nie próbuje wskazać, że zdjęcia filmowe które wspólnie oglądamy i relacje pokrzywdzonych wskazują na niewytłumaczalną brutalność policji. Pobici bać się będę bardziej policji niż bandytów. A po wysłuchaniu red. Morozowskiego – również mediów, jeśli te tak właśnie miałyby ich bronić: uzasadniając rozmową w studio bardziej racje antyterrorystów niż pobitych.
***
Powierzyliśmy władzę ludziom, którzy coraz bardziej oddalają się od społeczeństwa. Polityczny parkinson szerzy się między skłóconymi partiami. Dostał się już wewnątrz organizacji. Partie i stronnictwa dzielą się lawinowo, a ich nadambitni liderzy tworzą zwalczające się frakcje. Ze strachu przed pominięciem na przyszłych listach wyborczych atakują wyprzedzająco. Dobrze by było wymienić całą tą polityczną klasę, której właśnie klasy brak.
A co z dziennikarzami? Też się zużywają bardzo szybko. Nie chodzi już o tych zajadłych, którzy wszystkim, wszystko i zawsze mają za złe. Ci wyeliminują się sami. Chodzi o tych, którzy z obawy, ze strachu o utratę pracy, albo jeszcze wcześniej – o to, że roboty w ogóle nie dostaną, są narażeni na pokusę, by robić grzecznie, jak każą i nie podskakiwać. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć, że wydawca podstawowego (ilość widzów i tradycja) w kraju programu informacyjnego pomija ważne wydarzenie dnia – np. udział Polaków gorąco przyjmowanych przez Węgrów w manifestacji solidarności w Budapeszcie – tylko dlatego, że pojechali tam ludzie utożsamiani z opozycją. Albo też, gdy redaktor odpowiedzialny okazuje się być zupełnie nieodpowiedzialnym i 13 tysięczną manifestację idącą Krakowskim Przedmieściem w Warszawie szacuje na tysiące trzy. Kolejna sprawa – informację o głodówce w Krakowie przeciwko ograniczeniom w nauczaniu historii w szkole upowszechniono z pięciodniowym opóźnieniem.
W puławskich Azotach strajkują ludzie. To znaczące zakłady. Nie wolno takich informacji pomijać. Takie pominięcia ważnych wydarzeń w serwisie informacyjnym obciążają konkretnego wydawcę. Bo to on odpowiada za określony kawałek programu. Dlaczego źle pracuje? Dlaczego nie wykonuje swoich obowiązków? Nie zamieszcza – bo odgaduje bez interwencji intencje przełożonego, antycypuje zastrzeżenia swoich partyjnie uzależnionych szefów. Boi się, nie chce ryzykować.
A szefowie? Też się boją. Wyższa pozycja, więcej do stracenia. Wybierani są często nowi prezesi, dyrektorzy i rady nadzorcze. Wielka szkoda, że nie możemy poznać tych ludzi. Bardzo byłoby ciekawe gdybyśmy mogli dowiedzieć się jakie mają poglądy, co myślą o najważniejszych sprawach dla naszego kraju. Chodzi o tych konkretnych ludzi, którzy pracują prawie anonimowo – a są bezpośrednio redagującymi najważniejsze programy informacyjno-publicystyczne kształtujące opinię publiczną.
Tylko, żeby przed kamerą nie rozmawiali z nimi ich podwładni. Bo to będzie nuda, lizusostwo i strata czasu. Może by spróbować „na krzyż” – wydawców i redaktorów odpowiedzialnych z mediów publicznych przepytywali by „komercyjni”. I na odwrót. Mogło by to się nazywać np. „W Krzyżowym Ogniu”. Polecam pomysł. Nie patentuję. Mogło by być ciekawie i pożytecznie. Poznalibyśmy who is who.
Ci którzy się nadają – nie powinni mieć STRACHA!
26.03.2012
Stefan Truszczyński
