Polskie media są w szoku. Wydane w tym tygodniu rozporządzenia Unii Europejskiej, postawiły przed mediami niezwykle wysokie wymagania. Żądają one od dziennikarzy przestrzegania podstawowych zasad. Na pierwszym miejscu unijne przepisy wymieniają rzetelność.

Każde uchybienie ma być surowo karane, włącznie do odebrania licencji dziennikarzowi, który dopuścił się nie do końca sprawdzonej, nieprecyzyjnej informacji, powstałej w wyniku braku staranności. Takie samo zagrożenie wisi nad redaktorem naczelnym, nawet wtedy, kiedy był on w tym czasie na plaży w Egipcie lub odpoczywał pod słonecznym niebem Andaluzji i nie przykładał przysłowiowego palca do informacji.  Unia uzasadnia to tym, że styl pracy i poziom etyczności narzucony jest przez szefa redakcji. Nawet pod jego nieobecność realizowane są w praktyce  nawyki, jakimi zainfekował podległy mu zespół dziennikarzy. Podane kary są dolegliwe, ale dają one nadzieje powrotu do zawodu, ponieważ mają charakter okresowy - odsunięcie od zawodu na czas od lat dwóch do pięciu. Prawdziwie surową sankcją jest zakaz pracy do końca życia w roli dziennikarza, wydawcy, redaktora ( można jednakże być rektorem, ale nie uczelni kształcącej dziennikarzy).  Kara ta stosowana jest w dwóch przypadkach. Po pierwsze, kiedy dziennikarz dopuszcza się świadomej manipulacji, podając fakty, które stawiają sobie za cel rzucenie na kogoś fałszywych oskarżeń bądź jego skompromitowania. Po wtóre, kiedy dziennikarz wprowadza swego rozmówcę w błąd, podając mu fałszywy cel przeprowadzenia rozmowy lub wywiadu. Ale też wtedy, gdy preparuje autonomiczny tekst w oparciu o fragmenty rozmowy w taki sposób, że rozmija się on zasadniczo z intencjami zawartymi w oryginalnych wypowiedziach swego rozmówcy. Te ostatnie kary mogą być rozciągnięte na wszystkie kraje UE ( a w przyszłości również na kraje członkowskie NATO).  

Od kilku dni w wielu redakcjach trwają gorączkowe narady, jak sobie poradzić z narzuconymi zasadami. Niejasne stały się najprostsze sytuacje. Do wczoraj można było zaniżać lub zawyżać o dowolną ilość liczbę uczestników masowych demonstracji, marszów i innych publicznych wystąpień.  Nikogo nie dziwiło, że liczba uczestników w ocenie poszczególnych redakcji różniła się nawet o kilkanaście tysięcy.  Wiadome też było jakie media i przy okazji jakich wystąpień zawyżają lub zaniżają dane. Teraz wszyscy zastanawiają się, jakim sposobem daje się obliczyć realną liczbę uczestników i z jaką to trzeba zrobić dokładnością, aby Unia się nie przyczepiła.

W niektórych mediach ich właściciele zastanawiają, czy w najbliższym czasie nie zorganizować  dodatkowych zajęć dla dziennikarzy, pracujących pięć i więcej  lat w zawodzie, bo takim będzie najtrudniej odrzucić stare nawyki.  Takich rozterek nie mają media publiczne.  Tam szefowie uważają, że ich dziennikarze, nawet ci z ponad 40 letnim stażem, mają wypracowaną latami,  taką łatwość przystosowania się do nowych wymogów, że poradzą sobie w nowych, narzuconych przez Unię warunkach. Tym bardziej, że już część z nich mówi, iż od dłuższego czasu sami myśleli, czy nie zaproponować podobnych rozwiązań. Mieli już dosyć przeżytków, które krępowały ich rozwój zawodowy. 

Doszło do mnie, że z nowych Unijnych rozwiązań najbardziej cieszy się niedawno powstała organizacja branżowa, Towarzystwo Dziennikarskie. Ich zdaniem, Unijne normy  zlikwidują przesycone patologiami media prawicowe.  Tak jak położyły kres  zakrzywionym ogórkom, przypominających bumerang, czy rachitycznym, różowym marchewkom – dodają.      

Osobiście, muszę zaprotestować przeciwko ingerencji Unii w nasz rodzimy rynek medialny, bo mój szef zaczął już  przebąkiwać, że nie mieszczę się w parametrach zakreślonych współczesnymi  prądami europejskimi.

To może oznaczać dla mnie tylko jedno.

 

Jerzy Jachowicz

14 kwietnia 2012

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl