Media donoszą o nowym desancie do TVP. Tym razem załogę z ul. Woronicza mają zasilić Hanna Lis (chwilowo bezrobotna) oraz Beata Tadla z TVN. Gdy telewizyjne związki podniosły larum, że Lis nie jest warta 30 tys. zł miesięcznie, rzeczniczka prezesa Brauna wydała komunikat (proszę się nie śmiać…): zatrudnienie tej osoby „podniesie wiarygodność stacji”.
Przeludniony, monstrualny twór organizacyjny, czyli TVP, od kiedy pamiętam zawsze szuka dobrych dziennikarzy w konkurencyjnych stacjach. Jest to o tyle niezrozumiale, że także od lat ma w swojej strukturze organizacyjnej coś takiego, co zwie się Akademia Telewizyjna. Dawno, dawno temu uczyli tu się telewizyjnego zawodu Grażyna Torbicka i Tomasz Lis. Torbicka, wspaniała zresztą, pozostała, a Lis cały czas szuka na zewnątrz różnych fruktów ,a w „publicznej” bywa tylko gościnnie. Od tamtej pory, a to już ponad 20 lat, trudno Akademii Telewizyjnej dochować się kogoś znaczącego, znanego, profesjonalnego…I urządza sobie polowania na zewnątrz.
Powiem wprost: jest to zwykła hucpa, bo ten interes kosztuje nas, podatników, duże pieniądze, a nie przynosi właściwie nic. Ta telewizyjna wydmuszka zatrudnia prawie 20 osób, ma wielomilionowy budżet, nie wspominając już o rewelacyjnym sprzęcie. Własne studio z pięcioma torami kamerowymi, z których dwa mogą być wykorzystywane w projektach szkoleniowych poza siedzibą TVP. Wszystko to kosztuje, bagatelka, milion amerykańskich dolarów. Do tego studio komputerowe z 13 miejscami do pracy, dalej aż nie chce mi się wymieniać… Dwa lata temu konkurs na szefa tej placówki wygrał organizator wyśmienity, biegły w językach, pomysłach i doświadczeniu, kontaktach zagranicznych. Ale, jak to w „publicznej”, konkurs unieważniono, a na wolne miejsce skierowano kogoś tak bezbarwnego, że nawet nie wymieniam jego nazwiska. Jedyna jego zasługa, to udział w kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 r.
Wszystko to wygląda tak: Akademia Telewizyjna nie przynosi nam, podatnikom, nic poza kosztami zmuszając prezesa Juliusza Brauna do poszukiwań na zewnątrz. A ten, od sejmowej trybuny po wszystkie media głosi, że jego firma nie ma pieniędzy na program…Przejdź się, szanowny prezesie, do bloku R na parterze, a tam znajdziesz trochę oszczędności, które podobno są na Woronicza poszukiwane.
Jakiś czas temu próbowałem zainteresować tą sprawą prezesa. Ale ten milczy…Przerywa natomiast milczenie, gdy woła o kasę. Wtedy słychać go na cały kraj. To jest umiejętność urzędnika z politycznego nadania, a nie menadżera. Takiego od lat w tej firmie nie ma, niestety.
Andrzej Bober
8 maja 2012
