Od niedawna społeczeństwo Ich wspomina. Różnorako Ich nazywając. Powszechnie przyjęła się nazwa Żołnierze Wyklęci, wymyślona przez pis-owską stołeczną radną. Od pierwszego dnia popularności tej nomenklatury zadaję sobie pytanie; co za durna istota mogła wymyślić, i, co gorsza, narzucić Rodakom tak bezsensowną nazwę.
Często się z Nimi stykałem. Biesiadowałem przy ognisku, uczyłem się od Nich trudnej sztuki przetrwania w lesie w każdej aurze. W mieście kształcili jak unikać aresztowania, gubić szpicli, psuć krew „czerwonemu”. Nigdy, wśród młodych wówczas ludzi, nie zastanawialiśmy się, jak ich nazywać. Przyjęte było i oczywiste, że są to Żołnierze Niezłomni, według definicji Seneki.
Żaden z nich, ani „Szomcio”, ani „Szary”, ani Andrzej I. (pseudonimu nie pamiętam), nie protestowali gdy słyszeli, iż byli Żołnierzami Niezłomnymi. Nie okazywali również i jakiejś szczególnej dumy. Oni w ogóle niewiele mówili. A jeśli już, to tylko wtedy gdy musieli. Jak, na ten przykład, mjr „Szary”, kiedy spytał SB-ków gdy przyszli, w licznym gronie, uzbrojeni w długą broń, go internować; „Czy któryś z Panów jest kawalerem orderu Virtuti Militari, bo tylko ktoś taki, mnie kawalera Virtuti Militari, może aresztować? Sprawę załagodziła małżonka majora; „Antoś, idź z Panami. Ja tutaj sobie na Ciebie poczekam”. Przywykła do tych ciągłych aresztowań jej męża, niegdyś czterokrotnie skazanego na karę śmierci. I stało się bardzo dobrze, bo pomógł już w więzieniu, gorącym młodym głowom porzucić plany rozpętania buntu, wołając donośnie; „Czym chcecie walczyć? Taboretami? - wołał do więziennej, internowanej gawiedzi. To, i wielki autorytet „Szarego” wystarczył, aby w kieleckim pudle przy Zamkowej zapanował spokój. Tym samym pudle, które w 1945 roku „Szary” zdobył w brawurowym szturmie, uwalniając kilkaset kobiet i mężczyzn z AK, których tam trzymali sowiecko-ubeccy okupanci. „Szarego”, wieloletniego partyzanta wszędzie w Górach Świętokrzyskich kochano i słuchano (nie - wyklinano, no chyba, że na placówkach UB). Przecież to był jeden z Niezłomnych, ten, który nigdy nie wołał do swoich żołnierzy; „Naprzód”, a zawsze rozkazywał; „Za mną”. Kiedyś, chyba w 1985 roku, w jednej z wiosek pewien ksiądz odmówił noclegu ludziom z naszego Marszu szlakiem Pierwszej Kompanii Kadrowej. „Pies klesze mordę lizał” - skwitowaliśmy sprawę i zameldowaliśmy o sytuacji „Szaremu”. „dawać mi tu Sołtysa”, rozkazał. Trochę się ten starszy Pan wystraszył, gdy na Jego podwórko wparadowało kilkunastu mężczyzn, wszystkich w zielonych mundurach i z orzełkami w koronach na furażerkach. Szef wioski, pomimo wieku miał wprawne oko. Dostrzegł wśród nas Andrzeja i Witka. Upływ czasu był dla nich łaskawy. Nie wyglądali na swoje lata. Ale coś, co Sołtysa uwagę zwróciło, biło z ich oczu. A bili się po wojnie na Podhalu pod komendą „Ognia” i w kilku jeszcze oddziałach. Nieczęsto o tym opowiadali. Ale wystarczyły mi miny i ordynarne wyklinania na nich SB-ków gdy nas kiedyś aresztowali. (Już o nic więcej pytać nie musiałem i nie chciałem. Wszystko jasne. Była wojna, która niektórych nigdy nie złamała, choć większość wybiła.)
Sołtys zobaczył wśród nas „Szarego”. Wyprężył się niczym struna i donośnie zameldował; „Panie Majorze, sierżant (....) na rozkaz!”. Zaroiło się we wsi od ludzi błyskawicznie, wszystkie drzwi, oprócz tych na plebanii, otworzyły się na oścież. Wyspaliśmy się, najedliśmy i do dzisiaj dźwięczy mi w uszach odpowiedź „Szarego” na pytanie; Panie Majorze. Sytuacja staje się nie do zniesienia. Gdybyśmy musieli walczyć, ilu ludzi mógłby Pan wystawić? „Sierżancie! Do mnie! Ilu ma Pan synów?” „Czterech, Panie Majorze!”.
„Masz synu odpowiedź” - zwrócił się do mnie „Szary”. We wsi dużo więcej młodych chłopaków widziałem, no i nas kilkunastu od lat kilku w konspiracji, w tym dwóch doświadczonych w walce...kalkulowałem.
Faktycznie czas był wtedy nie do zniesienia. Okupant triumfował, i jak to nazywał; „stabilizował sytuację”. Podziemna „Solidarność”, pomimo posiadania gigantycznych pieniędzy i nowoczesnych środków technicznych, goniła w piętkę, i nie potrafiła przejąć politycznej inicjatywy. Nasze szeregi również się przerzedzały; śmierć, emigracja, spoczynek na laurach. Długi czas trwania w podziemiu ludzi męczył. Choć kierownictwo MSW swoiście nas komplementowało zalecając zaprzestania represji, które tylko ich zdaniem nas umacniają i przysparzają popularności w wielu środowiskach.
No! Ale kto, nas wtedy w połowie lat 80-tych, miał poprowadzić?
Był czas. Na szczęście minął. Przeciwnik skapitulował. Choć nie bezwarunkowo.
Konrad Zbrożek
*”O człowieku niezłomnym: Można go złamać (zabić), ale nie można go
zgiąć”, Seneka
