O komisji rządowej, która może obalić rząd.
Kiedy w sierpniu ub. roku Guardian wywęszył aferę hackersko - korupcyjną w „News of the World” i w brytyjskiej prasie pojawiły się tytuły: „Media komercyjne sięgnęły dna” i „Imperium Murdocha w kryzysie”, obserwowałam rozwój wypadków z dużym sceptycyzmem. Bo od 25 lat, a zwłaszcza od śmierci Roberta Maxwella w 1991 roku, Murdoch był „the one”.
Do dziś właściciel opiniotwórczego Timesa (300 tys. nakładu), tabloidu Sun (3 mln) i kanału Sky News, dostępnego na Wyspach, skupia w swoich rękach wielką władzę. I nie bez powodu nazywa się go „producentem premierów”. Bo kiedy postawił na konserwatystów, premierem został John Major, gdy zmienił zapatrywania i w 1997 poparł laburzystów, prime ministrem został Tony Blair, a potem znów torys David Cameron. Jest solą w oku Anglików, którzy nie bez powodu twierdzą, że skupiając w swoim ręku dużą część tutejszych gazet, dysponuje zbyt wielkimi wpływami, które zagrażają pluralizmowi sceny medialnej i zakłócają niezależność procesów demokratycznych w kraju. Polowanie z nagonką na Murdocha trwało od bez mała 25 lat, a pewne znaki wskazują, że bezkarny dotąd magnat medialny został upolowany. Ale gra toczy się dalej. Ostatnio nawet ideolog New Labour Party Peter Mandelson podczas przesłuchania przed komisją Levesona przyznał, że „I premier Tony Blair, i Gordon Brown mieli zbyt bliskie i częste kontakty z Murdochiem i jego ludżmi”. Zarzut „zbyt bliskich i zbyt częstych” kontaktów polityków z wielkim biznesem zatacza coraz szersze kręgi i dotarł już do premiera Davida Camerona. Został on oskarżony o zatrudnienie jako szefa zespołu ds. kontaktów z mediami Downing Street Andy Coulsona, byłego naczelnego Suna, oraz utrzymywanie „zbyt przyjaznych” stosunków z córką magnata Elizabeth Murdoch i szefową News International, kontrolującej brytyjskie aktywa imperium Murdocha, Rebeką Brooks. W demokracji premier odpowiada nie tylko za właściwy dobór kadry, ale – jeśli rzutują one na stan bezpieczeństwa kraju lub obniżają standardy demokracji - za „pomyłki personalne w doborze przyjaciół”.
Po ujawnieniu, że płatni hakerzy przechwytywali pocztę głosową i sms-y rodzin zamachu terrorystycznego w Londynie i rodziców ofiar pedofili, sprawy toczyły się z zaskakująca nawet dla Wielkiej Brytanii szybkością. Premier Cameron był przypierany do muru z kilku stron: opozycji, mediów i opinii publicznej, która chciała wiedzieć, co się stało. W wyniku sojuszu mediów - z jednej strony konserwatywny Times, Daily Telegraph, Daily Mail i Sun, z drugiej lewicowa BBC, Guardian i Independent - powstał wspólny front w obronie dziennikarskich standardów, w Polsce – patrz choćby afera Beaty Sawickiej - nie do pomyślenia. Szybko włączył się OFCOM (niezależna komisja ds. monitoringu rynku medialnego i skarg), Policja Metropolitalna, której oficerowie brali łapówki za newsy prowadzonych śledztw, a premier Cameron, którego sytuacja stała się mocno niekomfortowa, powołał dwie komisje: jedną w ramach Scotland Yardu, a drugą publiczną z udziałem sędziego prowadzącego oraz świadków zeznających pod przysięgą.
I tak powstała komisja rządowa, pod przewodnictwem sędziego lorda Levesona, którą przewodniczący natychmiast ogłosił „niezależną”. Wychowana w „demokracji ludowej” nie mogłam wiedzieć jak funkcjonuje” prawdziwa”, kolekcjonująca przez 250 lat projekty, które są korzystne dla obywatela, lecz niekoniecznie dla władzy. Bo komisja Levesona wydaje się independent, a nawet too independent, bo wyraźnie przybiera anty-establishmentowy charakter. Kiedy podczas przesłuchań adwokat Murdocha przerwał procedurę komentarzem, lord ostrzegł go „aby nigdy więcej tego nie robił”, a zbyt nonszalancką uwagę Murdocha zbył w taki sposób, że ten ją „odwołał”. Przed komisja pocił się już Andrew Coulson, Rebeka Brooks, Murdoch Jr, Murdoch Sr, który widząc powagę sytuacji, jak wyliczyły media, 17 razy przeprosił za „brak kontroli nad pracownikami, łamanie przez nich prawa oraz kodeksu dziennikarza, a także ból, jakiego hakerskie praktyki przysporzyły rodzicom ofiar wojny w Iraku oraz pedofili”. Śledztwo komisji rządowej zatacza coraz szersze kręgi, trwa polowanie na ministra kultury i mediów Jeremy’ego Hunta. Doradca tego ostatniego został oskarżony o wymianę maili z lobbystą Murdocha, kiedy magnat medialny aplikował o zakup BSkyB. Smith już dawno podał się do dymisji, teraz trwa debata czy Hunt nie złamał „kodeksu ministra”? I wciąż powraca nazwisko premiera Camerona, którego oskarża się o „brak nadzoru nad pracownikami”, a także o zbyt bliskie kontakty z Elizabeth Murdoch i Rebeką Brooks czyli „błędy personalne” w doborze kadr, ale i przyjaciół!
A teraz wyobraźcie sobie Państwo taką sytuację: gazeta opozycyjna ujawnia korupcję w koncernie TVN, przypierany do muru przez opozycję parlamentarną i wspólny front dziennikarzy z Gazety Wyborczej oraz Gazety Polskiej, które w obronie pryncypiów moralnych i dziennikarskich standardów, domagają się specjalnej komisji. Komisja powstaje, manifestuje swoją niezależność od rządu Tuska, prezes Walter podczas przesłuchania przeprasza i obiecuje poprawę, a Tusk tłumaczy się publicznie z fatalnego doboru ministrów oraz odwołuje ze stanowisk wpływowych przyjaciół. Dopiero gdy powstanie cień szansy na podobne komisje, będzie można powiedzieć, że oto do Polski po długiej nieobecności zawitała demokracja.
Elżbieta Królikowska-Avis
25 maja 2012
Londyn
