Jana Karskiego ( naprawdę nazywał się Jan Kozielewski) poznałem w 1997 r. Od zawsze interesowałem się II wojną światową, wiedziałem więc sporo o roli, jaką odegrał w czasie hitlerowskiej okupacji: dwukrotnie przedostawał się do warszawskiego getta w przebraniu, udając ukraińskiego strażnika trafił do obozu w Bełżcu.
Wszystko po to, by na własne oczy zobaczyć losy masowego mordowania Żydów. Jako kurier polskiego rządu w Londynie dowody tych zbrodni przewoził na Zachód, rozmawiając właściwie ze wszystkimi wielkimi tamtego świata, z prezydentem USA Franklinem D. Rooseveltem włącznie. Ale mało kto chciał mu wtedy wierzyć… Jego pomniki stoją w Waszyngtonie, Nowym Jorku, Tel Awiwie i Łodzi.
Byłem wtedy naczelnym „Życia Warszawy” i szukałem tych, którzy na łamach gazety mogli opowiedzieć młodym warszawiakom o tamtych czasach. Udało mi się to w przypadku „Kuriera z Warszawy”, czyli Jana Nowaka Jeziorańskiego, nie wiedziałem tylko, gdzie szukać Karskiego. Ktoś tam pomógł i znalazłem się na warszawskim Marymoncie, niemal obok własnego miejsca zamieszkania. Małe mieszkanko w bloku, a w nim człowiek wcale nie sporej postury, ale o wielkim spokoju, cichy, czekający, co mam mu do powiedzenia. Najpierw próbował przekonywać, że „było to wszystko tak dawno i nie ma co opowiadać”, potem starał się grzecznie odmawiać, ale ja nie jestem łatwym człowiekiem…Przestałem namawiać, przekonywać, a po prostu prosiłem tak zwykle, po ludzku, by nie odmawiał. Zgodził się.
Zapamiętałem Jana Karskiego jako człowieka wielkiej skromności, niechętnie wracającego do przeszłości, natomiast pilnie śledzącego ówczesną polską scenę polityczną. Nie był o niej ( przypominam, że był rok 1997) najlepszego zdania, nie mógł zrozumieć kłótliwości jej aktorów. Ale także – zdradzam tu fragment naszych rozmów, ale chyba mi wybaczy – nie mógł zrozumieć, dlaczego Jerzy Giedrojć z paryskiej „Kultury” oświadczał ostentacyjnie, że nie odwiedzi Polski, bo tu dalej komuna…
Karski zmarł w 2000 r . Ostatni raz widzieliśmy się na Zamku Królewskim w Warszawie 27 września 1999 r, gdy podpisywał mi egzemplarz swojej książki „Tajne państwo”. Wtedy ukazała się po raz pierwszy w Polsce, w 55 lat po amerykańskim pierwodruku. W przedmowie do polskiego wydania napisał m.in. tak: „Przed laty chęć wydania książki wyraził szlachetny Jerzy Giedrojć. Początkowo zgodziłem się. Opłaciłem tłumaczenie z języka angielskiego. Do wydania jednak nie doszło.”
W tych dniach (29 maja b.r) prezydent USA Barack Obama odznaczył Jana Karskiego najwyższym amerykańskim odznaczeniem, Medalem Wolności. Przy tej okazji prezydent opisując okupacyjną drogę Karskiego użył określenia „polski obóz śmierci”. W Polsce od rana zawrzało. Była to pierwsza wiadomość wszystkich polskich mediów, prezydent Komorowski wysłał do Obamy list w tej sprawie, premier Tusk na specjalnie zwołanej konferencji oświadczył, że zwykle przeprosiny nie wystarczą: „jak ktoś mówi polskie obozy śmierci ,to tak, jakby nie było nazistów i Hitlera”. Zawstydzenie wiedzą prezydenta USA, brak znajomości realiów, żenada…
Tylko „Gazeta Wyborcza”, najbardziej opiniotwórcza polska gazeta, skwitowała to jednym zdaniem pt. gafa Obamy. Sądziłem, że akurat w tej sprawie GW ma wiele powodów, o których nawet nie trzeba wspominać, by amerykańskiemu prezydentowi wytknąć prymitywne nieuctwo. Jasno i dobitnie.
Andrzej Bober
5 czerwca 2012
