Zacznę od pytania: czy decyzja sądu jest gorsza od zakazu publikacji, bo de facto prowadzi do „zamknięcia tytułu” i do faktycznej jego „likwidacji”?
Słowo „tytuł” ma dwa znaczenia: dosłowne oraz jako synonim książki, pisma. Przy takim wyjaśnieniu można odnieść wrażenie, że sąd zlikwidował pismo, a to nieprawda. Mam przed sobą „Nasz Dziennik”, gazetę raczej sympatyzującą z tygodnikiem „W Sieci”. W przeciwieństwie do dramatycznego apelu SDP, „ND”, informując o decyzji sądu, napisał: „Tygodnik postanowił więc zmienić tytuł – kolejny numer ma się ukazać już jako Sieci”. A skoro tygodnik zdecydował się zmienić tytuł, apel SDP do Sądu Okręgowego o cofnięcie zakazu był bezcelowy, a uzasadnienie, że decyzja działa na szkodę debaty publicznej i wolności słowa w moim odczuciu – kuriozalna. To raczej dobrze, że do zmiany tytułu doszło wcześnie, a nie po latach, kiedy ów stary tytuł się już opatrzy.
Dlatego pozwalam sobie postawić pytanie – w jaki sposób zaszkodziło to debacie publicznej i wolności słowa, skoro te same treści nadal mogą się ukazywać?
Nie przypominam sobie dramatycznych apeli, że szkodzi się debacie publicznej i wolności słowa, kiedy na wniosek właściciela „Gazety Wyborczej” tygodnik „Agora” musiał zmienić tytuł na „Angorę”. A przecież to również wiązało się z „likwidacją” tytułu.
CMWP powołuje się na orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Tak, Trybunał dopuszcza cenzurę prewencyjną tylko w przypadkach wyjątkowych, gdy publikacja np. może wywołać zamieszki na tle rasowym, religijnym itp. W przypadku sporu o tytuł nie możemy w ogóle mówić o cenzurze, ale o zabezpieczeniu interesu jednego z wydawców. Aby była jasność – nie kibicuję żadnej ze stron. Ale...
Nie przypominam sobie (chyba że zawodzi mnie pamięć), aby SDP wysyłało apele do sądu, kiedy w roku 2006 sąd czasowo zakazał Jerzemu Jureckiemu, red. naczelnemu „Tygodnika Podhalańskiego” pisania o księdzu Mirosławie Drozdku, który poczuł się pomówiony pytaniem o to, czy nie był współpracownikiem SB. Sąd zabezpieczył w ten sposób interes duchownego, który dziennikarza „TP” pozwał za pomówienie. Proces zakończył się ugodą, a wobec dalszych ustaleń świadczących, że ksiądz Drozdek raczej TW nie był, trudno prewencyjny zakaz sądu uznać za nietrafny. Przykład ten pokazuje, że każda sprawa jest inna i wymaga indywidualnego podejścia.
Nie twierdzę, że apel SDP jest na pewno niesłuszny. Mam jednak zastrzeżenie do jego celowości (wobec zmiany tytułu) i do zawarcia nieadekwatnych nieuzasadnionych emocji, które... raczej wolności słowa szkodzą niż jej bronią.
SDP powinno wolności słowa bronić. Tymczasem powoduje jego dewaluację, a nawet prowadzi do jego wypaczenia. Bo wolność słowa dana jest nie dziennikarzom czy politykom, aby swobodnymi wypowiedziami niszczyli adwersarzy, ale dana jest społeczeństwom, które powinny otrzymywać informację bez ingerencji jakichkolwiek władz czy instytucji. Bo jak mawiał Gordon Bennett: „tylko społeczeństwo dobrze poinformowane jest przydatne dla państwa. Bo społeczeństwo dobrze poinformowane jest w stanie podejmować właściwe decyzje, choćby podczas wyborów”.
Jestem uczulony na punkcie nadużywania wyrażenia „wolność słowa”. Wolność ta nie ma charakteru absolutnego, na co zwraca uwagę Konwencja Praw Człowieka, art. 10, p. 2. Dlatego powtarzam pytanie: w jaki sposób zmiana nazwy tygodnika zaszkodziła publicznej debacie i wolności słowa? Proszę o wskazanie konkretnego przykładu, jakie niezwykle istotne dla społeczeństwa treści nie mogą ukazać się w tygodniku „Sieci”, bo mogły tylko pod nazwą „zlikwidowanego” „W Sieci”?
Marian Maciejewski
SDP Wrocław
