Jasne, że chciałbym być nadal osobą zaufania publicznego. Po to kilkanaście lat temu, albo i wcześniej, zdecydowałem się zostać dziennikarzem. Ach, wolny zawód! Imponowała mi sama nazwa. Przynależność do elity. Lekarz, adwokat, dziennikarz. Prawie w jednym szeregu. Ale przede wszystkim podobieństwo do zawodu artystycznego. Rzeźbiarz, malarz, a nade wszystko – pisarz. Ot, co znaczy wolny zawód. Bóg poskąpił talentu poetyckiego, literackiego, ale dziennikarz, to też brzmi nieźle. I tak blisko wielkich tego świata. Wprawdzie tylko przedsionek, ale czasami i tam dociera reflektor ze swoim blaskiem. A ja w nim. Co za wspaniale uczucie.
A później doszedł niezbity dowód zaufania. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy zaczęli pojawiać się u mnie czytelnicy i powierzać mi swoje największe tajemnice. W większości przypadków konflikty, nierzadko z najbliższymi. Przychodzili po pomoc. I składali w moje ręce jakiś ważny fragment swego życia, swoich potrzeb, żalów, ale też marzeń. Wiele z tych rozmów traktowali jako rodzaj spowiedzi, jako formę oczyszczenia się ze swoich złych pragnień, niegodnych czynów. Nie, nie. Nigdy nie byłem kapłanem. Do takiej roli nie aspirowałem. Wielu swoich rozmówców hamowałem w ekspiacji, jeśli ich zwierzenia nie wnosiły istotnych elementów do sprawy jaką przedstawiali. Duchownym nie. Ale czasami na pograniczu terapii. Z pewnością wielu moich kolegów i wiele koleżanek przechodziło podobne koleje losu. Szczególnie ci, którzy zajmowali się nieco bardziej skomplikowanymi rzeczami, a nie tylko notatkami o zalanych piwnicach.
Zaufanie sprowadzało się do dwóch niepodważalnych filarów. Że swojego rozmówcę traktuje się życzliwie i uczciwie. A to znaczy, między innymi, że nie pozostawia się go w świecie iluzji, iż istnieje szansa na pozytywne rozstrzygnięcie jego sprawy. Przedstawia mu się realne warianty rozwoju sprawy. Jeśli nie widzimy możliwości publikacji, lub ruszenia jego sprawy w inny sposób, np. odesłania go do kolegi eksperta w dziedzinie, z którą rozmówca trafił do nas, to mu to jednoznacznie dajemy do zrozumienia, tak aby go nie urazić. Czasami, ale rzadko, kiedy widziałem, że sprawa jest beznadziejna, udawało mi się odwieźć swojego rozmówcę od dalszego poświęcania tej sprawie zachodu, czasu, energii, a nie raz po prostu zdrowia. Drugim fundamentem tego zaufania była pewność rozmówcy, że to co usłyszeliśmy zachowamy wyłącznie dla siebie. A szczególnie fragmenty, które na nasz rozmówca zastrzegał sobie, jako te, których poza nami nikt inny poznać nie może.
Zebrało mi się na wspominki, bo te czasy się skończyły. A nasza profesja, choć ciągle ją uprawiam, przestała być zawodem zaufania publicznego. Czy stało się całkowicie poza nami, a my przypominamy bezwolne łupinki, unoszone na falach politycznych przemian? Niestety, sami, osobiście też dołożyłem pewnie swoją cegiełkę, doprowadziliśmy do tego, że dziennikarstwo stało się zawodem, do którego nie można mieć zaufania. Z jakich powodów, nie będę wymieniał, bo są powszechnie znane. A „Biała Księga” dowodów musiałaby liczyć kilka tysięcy stron. W każdym razie nie ma już pośród nas takich, którzy dla każdego człowieka w Polsce są w pełni wiarygodni. Którym każdy, bez względu na swoje przekonania polityczne, własne intymne, życiowe sprawy, złożyłby w ich ręce. Dla jednych Polaków niektórzy z nas są godni zaufania, dla drugich dziennikarzami sprzedajnymi bądź w najlepszym przypadku ludźmi, którzy zeszli na manowce.
Jerzy Jachowicz
7 lipca 2012
