Chingombe – misja Katolicka w Zambii. Trudnodostępne, jedno z najgorętszych miejsc na południu kraju. Rok 1993. Ojciec  Marcel Prawica jest tu już od kilkunastu lat. Właśnie jedzie terenowym samochodem po pochyłym skalnym zboczu do najbliższego, oddalonego o 200 kilometrów miasta Kabwe. Ostrożnie. Kilka miesięcy temu spadł tu w przepaść misjonarz z Ameryki. Do dużego zbudowanego z cegły kościoła w Chingombe przychodzą kobiety szukające pomocy medycznej z wiosek w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Posługa kapłańska i ratunek dla chorych dają im polski ksiądz i siostra zakonna Marta ze Służebniczek Starowiejskich.


    Tak kojarzy się mi się słowo MISJA. Właśnie ze wspaniałym wspomnieniem Afryki.
    Teraz słyszę o pieniądzach, które ma dostać Telewizja Publiczna na… misję. Chyba się komuś porąbało w głowie. Na emisję – to rozumiem. Ale gdzież tu można dopatrzeć się misji w programie sterowanym politycznie, wybiórczym informacyjnie według „widzi mi się”, spóźnionym wobec światowych stacji. Każdy może się o tym przekonać - wystarczy pilot w ręku i mamy już cały świat na bieżąco.
    A tu nam człapie przez studio prezenter. Tracimy czas. Po cholerę te wszystkie inscenizacje niewyżytych „twórców”. Dawajcie szybko newsy! Nie udziwniajcie. To, co się dzieje wokół nas – i tu, i tam – jest wystarczająco dramatyczne. Owszem dodajcie do tych obrazków ważne informacje, mówcie zwyczajnie i mądrze – po drugiej stronie nie siedzą już zastraszone głupki. To społeczeństwo ma szeroki dostęp do informacji i wiedzy. Musicie się bardzo starać, by przyciągnąć uwagę. Inaczej z frazesem misji na ustach pójdziecie w niebyt.
    Środki na publiczne radio i telewizję płyną (opornie - i nic dziwnego) od ludzi. Resztę (większość budżetu) daje reklama. I wszystkiego jest mało! Nie tylko dlatego, że koszty rosną, ale i z powodu niegospodarności, wybujałych żądań i przerostu formy nad treścią.
    Telewizji publicznej wystarczyć powinien jeden program ogólny („jedynka”), całodobowy program informacyjny („dwójka”) oraz programy lokalne (w paśmie „trójki”) – nie szczątkowe, ogryzione do 3 godzin, ale w miarę stopniowego rozwoju pełna oferta dla społeczeństw lokalnych – bo tam właśnie jest najwięcej do pokazania, przekazania i przyciągnięcia widza problemami małych ojczyzn. Rozwijać się też powinny kanały tematyczne, programy dla Polonii oraz programy dla naszych sąsiadów jednoczącej się Europy.
    To wszystko mało? Nie, to jest bardzo ambitny program. I możliwy do realizacji. Ale aby go robić trzeba najpierw wiedzieć czego się chce.
    Tymczasem trwa od lat pusta gadanina, do której wciąga się jak najwięcej dyskutantów po to, by utrzymać stan obecny. Bo jest on na rękę politykom, partiom. To oni nie chcą wypuścić z rąk Radia Publicznego i Telewizji Publicznej (rzekomo). I nie chodzi tu o nic innego jak decydowanie o dziennikach i o „ustawianie” publicystyki – dyskusji w studio, wyboru gości i tematów. Posłuszni „misjonarze” z Woronicza zgadują, antycypują oczekiwania tych, którzy ich „powołują”, ale i odwołać łatwo mogą.
    I nikt „nie podskoczy”, nikt się nie zbuntuje. Obciążeni spłatami kredytów siedzą cicho jak mysz pod miotłą. Na „dziennikarce” klepano im o etyce i odwadze. Ale to inteligentne osobniki i w pracy szybko odkrywają, że nie ma jak oportunizm. A że to są „zasady” na krótką metę – nieważne. Ambitni giną pierwsi.
    Medioznawcy będą teraz definiować – po raz siedemdziesiąty któryś – pojęcie „misji”. Potem nastąpi poszukiwanie metod wyliczania przyznawanych na te właśnie „misje” – pieniędzy. Dokooptowana armia rachmistrzów zaproponuje rozwiązania, w których wszelkie koszty się poplączą, zapętli się to wszystko w prawdziwy gordyjski węzeł i po roku, a może i wcześniej pojawi się nowy zbawca i wizjoner – skrytykuje to całe partactwo i weźmie premię za swoje pomysły. Najpewniej będzie to powrót do stanu poprzedniego. I tak to się kręci – parkinsonowe perpetum mobile. W końcu to przecież są pieniądze… wspólne, czyli niczyje.
    Niedługo usłyszymy jeszcze inne rozwiązania: publiczne media – bez reklam, na garnuszku mediów prywatnych, które przejęłyby cały rynek. A to diabelski podstęp: bo raz wyzbywszy się reklamodawców stałyby się – Telewizja z Woronicza i Radio z Malczewskiego (i publiczne radia lokalne też) - zakładnikami oligarchów, ludzi bezwzględnych i pozbawionych skrupułów.
    Ale lobbyści pracują! Wnikliwy obserwator dobrze wie, kto kogo popiera i „co” za „czym” stoi. „Patrioci” - nie płacący podatków kraju (z którego przecież żyją), „darczyńcy” ochłapów z taniego uwłaszczenia, to są ci zbawcy publicznych mediów.
    Ciekawe, że decydenci na Woronicza tak bardzo boją się pieniędzy na wspomożenie lokalnych programów od samorządów. Bo to by te programy – oddziały – redakcje ubezwłasnowolniło  – mówią. 
    Bzdura kompletna! Oddziały reprezentowane przez ich i tak politycznie mianowane dyrekcje są ubezwłasnowolnione  z powodu braku czasu antenowego (mają 3 - 3,5 godziny niepewnej emisji dziennie). A więc nie mają gdzie zarobić na reklamie. Nie ma zresztą prawdziwej samodzielności finansowej, a co za tym idzie organizacyjnej. Poddanie się decyzjom, wpływowi na program ze strony władz lokalnych zależy od tego kogo się postawi na czele ośrodków terenowych. Ci z Woronicza – powinni zachować władzę, by móc kontrolować właśnie te zależności. To nieprawda, że nie można znaleźć ludzi, którzy potrafiliby pogodzić dopłaty od samorządów z niezależnością dziennikarską (w końcu cały szereg programów informacyjnych dotyczących spraw dnia codziennego, komunikaty, pośrednictwo pracy itd.  – to byłaby prawdziwa „misja” dla lokalnych społeczności i za jej wykonywanie można by pieniądze brać). I robić swoje! Rzetelnie i niezależnie. Ale do tego trzeba mieć kręgosłup i odwagę.
    Apolityczność i niezależność mediów publicznych jest możliwa. Ci, którzy nie wierzą – niech odejdą… za porozumieniem stron.


Stefan Truszczyński

16.07.2012 r.



 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl