Telewizja HBO pokazuje właśnie głośny serial „The Newsroom”. Warto go zobaczyć, by pozbyć się kompleksów. Raz, że nie jest to mistrzostwo świata, choć zrobił go Alan Sorkin, scenarzysta „The Social Network”. Dwa, można przy okazji upewnić się, że faktycznie żyjemy w globalnej wiosce, mamy podobne problemy co Amerykanie, ba, toczymy te same wojny domowe.
Główny wątek, wciąż w serialu obecny, to spór o to, jak robić telewizyjne wiadomości. Poddać się fetyszowi oglądalności, mnożyć newsy o celulicie, celebrytach i ciskaniu tortami na odległość, czy jednak dostarczać widzom kompendium wiedzy niezbędnej, by podejmowali racjonalne decyzje – jako obywatele, nie tylko konsumenci. Główny bohater, prezenter grany przez Jeffa Danielsa, jest królem infotainmentu, który postanawia wrócić do korzeni i robić prawdziwe wiadomości. I tu zaczyna się bajka, bo tak dobrze, to w realnym świecie nie jest. Rządzą pieniądze, oglądalność i głód nieustannej rozrywki. Ale i z bajki jakiś morał można wynieść. Nawet jeśli serial dla osób spoza branży może wydawać się nudny i przegadany, a dla dziennikarzy zbyt oddalony od realiów. Wątki romansowe rzeczywiście nie są na pierwszym planie, sporo jest tu polityki. I właśnie ludziom zainteresowanym medialno-politycznym kontekstem, „The Newsroom” dostarcza mnóstwa ciekawych obserwacji.
Dziwnie znajomych…
Otóż misja uprawiania prawdziwego dziennikarstwa jest tu tożsama z udzielaniem pełnego i bezwarunkowego wsparcia obozowi demokratów. Nie dlatego, że są tam ludzie lepsi, bardziej profesjonalni, uczciwi, mający fantastyczne pomysły na kryzys gospodarczy. Po prostu nie ma innego wyjścia, bo u bram czai się republikańska czerń. Misją dziennikarzy pracujących w tytułowym newsroomie jest – powiedzmy to sobie wprost - obrona oświeconej demokracji przed bezrozumnym fanatyzmem, mądrości przed prostactwem. A że zagrożenie jest realne, nie czas na infotainment. „Nie robimy dobrej telewizji, robimy program informacyjny” – mówi jeden z bohaterów. Śmiertelnie poważnie, niczym żołnierz na froncie.
W tej samej stacji, niemal w tym samym czasie pokazano film „Zmiana w grze” pokazujący kulisy ostatniej kampanii prezydenckiej w obozie republikanów. Julianne Moore odtwarza w nim postać Sarah Palin w sposób tyleż efektowny, co przerysowany, momentami wręcz karykaturalny. Niby nic zaskakującego, w końcu polityczne sympatie Holywood znane są nie od dziś. Ale niezwykły – z perspektywy polskiego widza – jest obecny cały czas w filmie klimat lęku przed… Amerykanami. Palin jest groźna nie dlatego, że myli Norwegów z Holendrami i uważa, że Anglią rządzi królowa. Ona budzi „demony patriotyzmu”, dlatego nie może za żadne skarby wygrać. A jest do tego zdolna, bo ma charyzmę i ludzie ją kochają. Tytułowa „Zmiana w grze” polega na tym, że sztab McCaina decyduje się postawić na charyzmatyczną Palin jako wiceprezydenta , w miejsce bliskiego demokratom Joe Libermana. Dlaczego? Bo chce wygrać, co zdaniem twórców filmu było czymś bliskim zdradzie stanu. W kluczowej scenie szef kampanii republikanów wyznaje swój grzech: Mieliśmy pełną świadomość kim na prawdę jest Palin, ale ważniejsze było dla nas zwycięstwo niż dobro kraju. Paradoks polega na tym, że demokraci dokładnie z tych samych powodów sięgnęli po Obamę. Twórcom filmu ten wspólny obu sztabom pomysł na zwycięstwo (i wspólny dylemat) akurat umknął, choć można było na nim zbudować fantastyczny polityczny thriller. Nie mogli, bo mieli przecież do zrealizowania ważną, cywilizacyjną misję.
Oglądanie amerykańskich produkcji filmowych poświęconych mediom i polityce w samym środku lata? Bezcenne. Bo dzięki nim można inaczej, chłodniej, bez emocji, spojrzeć na nasze codzienne boje. Nie jesteśmy sami. Inni też tak mają.
Piotr Legutko
1 sierpnia 2012
