Oto Europejska Federacja Dziennikarzy wyraziła zaniepokojenie decyzją zamknięcia poczytnej gazety „France-Soir”. „Koniec >>France-Soir<< – skomentował zdarzenie prezes EFD Arne Konig – to kolejne, po niedawnej likwidacji dziennika „La Tribune”, uderzenie w pluralizm mediów we Francji. To także utrata pracy przez setki dziennikarzy” – zakończył. A kiedy Arne Konig zaprotestuje przeciw próbom uwięzienia Tomasza Sakiewicza i Przemysława Harczuka oraz polowanie na największą obecnie grupę medialną, opozycyjną wobec rządu Donalda Tuska?
Kilka dni temu firma Kombud wystąpiła z prywatnym oskarżeniem przeciw obu dziennikarzom z art.212 kk, domagając się równocześnie pół miliona złotych na Fundację Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Stróże”, co doprowadzi grupę prostą drogą do bankructwa. Zaczęło się od tego, że w „Gazecie Polskiej Codziennie” pojawił się tekst Harczuka nt. przyczyn katastrofy pod Szczekocinami, w której zginęło 16 osób. Artykuł nie spodobał się szefostwu Kombudu, który wniósł do sądu oskarżenie o zniesławienie przeciw wydawcy „GPC”, Forum SA, naczelnemu gazety oraz autorowi materiału. Jeśli przypomnimy sobie, że „GP” już ma proces z tego samego art. 212, wytoczony przez Pawła Piterę, męża posłanki PO Julii, który domaga się pół miliona nawiązki, i że firma Kombud podobno jest także związana ze środowiskiem Platformy Obywatelskiej, puzzle zaczynają się układać w paskudny wzór. Oto środowiska, związane z partią rządzącą, przy pomocy kompromitującego art. 212 kk, reliktu starych złych czasów, próbują zastraszyć, więcej – wykończyć finansowo opozycyjną grupę medialną. I jeśli to nie jest kopniak w zęby polskiej demokracji, to co to jest? Jeżeli do tego pakietu dodamy trzy inne informacje: 1) że Sakiewicz i Harczuk są ścigani z artykułu, który zaraz po wygranych wyborach w 2005 roku Platforma obiecała znieść, 2) że debata na temat art. 212 toczy się od 5 lat i skończyć się nie może, bo najwyraźniej nie ma na to przyzwolenia ani prezydenta ani premiera, i 3 )że niedawno o usunięcie tego zapisu do prezydenta zwróciło się szereg organizacji tak ważnych dla monitorowania procesów demokracyjnych w Polsce jak SDP, Stowarzyszenie Gazet Lokalnych, Izba Wydawców Prasy, Stowarzyszenie Wolnego Słowa, Centrum Monitoringu Wolności Prasy i Fundacja Helsińska, i nic nie wskórały, to jaki płynie z tego wniosek? Przekaz płynący z góry wydaje się jednoznaczny. Że władze bimbają sobie na dziennikarzy, obywateli, wolność słowa i demokrację w Polsce. Teraz ważne jest co my z tym zrobimy.
Są to kolejne sygnały, że aktualne władze wyalienowały się ze swojej roli, zapomniały, że jej obowiązkiem nr 1 jest służba obywatelom, wszystkim, nie tylko tym, którzy jej sprzyjają. Że po okresie przechwytywania kolejnych ośrodków kontrolnych, a więc uniezależniania się od nich, nastąpił kolejny etap – wyniszczania opozycji i jej mediów. Jeszcze niedawno wydawało się, że, wbrew wszystkiemu, niezależne media „dostały skrzydeł”, zaczynają skuteczniej pełnić swoją rolę, dziś widać – „political cleansing” w Polskim Radiu i TV, dyskryminacja TV Trwam, ciąg procesów przeciw dziennikarzom niezależnym, Tomasz Sakiewicz, Dorota Kania, Jurek Jachowicz, ostatnio Terlikowski, widać że wojna PO z opozycją przybiera na sile. Nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji tu, w Wielkiej Brytanii. Gdyby art. 212 kk tutaj istniał i gdyby odpowiedniki w/w organizacji złożyły do premiera Camerona czy, poprzez interpelację poselską, do Izby Gmin, postulat o jego zniesienie, zacząłby się wielki ruch. Rozszalałaby się opozycja, media – wszystkie, nie tylko opozycyjne, bo chodzi o pryncypia – przycisnęłyby rząd Camerona do muru, a ponieważ w demokracji prawdziwej, a nie fasadowej, istnieje ścisły związek między tzw. a government performance, skutecznością działań rządu, a wynikami kolejnych wyborów, gdyby się z art. 212 szybko nie uporano, byłoby już po konserwatystach. U nas nie ma nawet społecznej świadomości jak działa ten układ.
O komforcie dziennikarza w demokracji decydują dwie ważne okoliczności: pierwszy, że nie działa w społecznej próżni. Pracują w „systemie”: silna opozycja parlamentarna, niezawisły wymiar sprawiedliwości, skuteczne organizacje pozarządowe i świadoma swoich praw opinia publiczna. Od razu dodajmy, że świadoma opinia publiczna w Polsce nie istnieje, bo kto miał ją nauczyć jej praw – namiestnik carski w Warszawie, czy potem sterowana z Moskwy PZPR? W wolnych krajach dziennikarz jest jedynie elementem tej całej „układanki”. A jak system działa? W Wielkiej Brytanii też zdarzają się procesy o ochronę dóbr osobistych, wytaczane dziennikarzom przez polityków. Ale po pierwsze, niezwykle rzadko – argument wolności dziennikarskiej wypowiedzi działa jak zaklęcie. A po drugie (patrz: procesy Jeffreya Archera, Jonathana Aitkena czy Neila Hamiltona) sędziowie i ławnicy stojąc na straży interesu publicznego, prawa do informacji o tym, co dzieje się za kulisami władzy, zwykle odmawiają ukarania dziennikarza. W przypadku ujawnienia tajnej informacji w interesie publicznym, dziennikarze są chronieni przez Contempt of Court Act z 1981 roku. Więc jeśli rząd chce ukarać kogoś za przeciek informacji, zwykle sięga po Official Secret Act z 1989 roku, czyli karze urzędnika, który przekazał informację a nie dziennikarza, który ją ujawnił, by nie wywołać wrażenia gwałcenia wolności słowa. Ale ostatni taki proces miał miejsce 28 lat temu, kiedy Sarah Tisdall, pracownica MSZ, przekazała „Guardianowi” news o przybyciu do Wielkiej Brytanii pocisków typu Cruise, czemu przeciwstawiała się część opinii publicznej. W istocie jedynym dziś aktem prawnym, ograniczającym swobodę dziennikarskiej wypowiedzi jest Terrorism Act, ustawa antyterrorystyczna, która karze za utrzymywanie w tajemnicy planowanego ataku terrorystycznego oraz „ publiczne akceptowanie i gloryfikowania terroryzmu”. Szczęśliwcy!
Nie znaczy to jednak, że mamy usiąść i płakać. Bardzo namawiam „Gazetę Polską” do szybkiego zgłoszenia przypadku do Europejskiej Federacji Dziennikarzy, najlepiej do prezesa Arne Koniga. Zarejestrować casus w EFD, a potem skierować sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W Brukseli są także właściwe placówki, monitorujące naruszenia wolności słowa i dziennikarskiej wypowiedzi, mamy przecież europosłów, którzy podobne sprawy pilotują. 6 listopada 2007 roku został ogłoszony Dniem Protestu Dziennikarzy Europejskich przeciw obniżaniu zawodowych i moralnych standardów oraz politycznym naciskom, które niszczą dobre dziennikarstwo. Składając naszą skargę do European Federation of Journalists można się powołać na ich manifest z 2007 roku, nie mogą uciekać od własnych, nagłośnionych na całą Europę deklaracji. Ponadto wolność słowa, prawa obywatelskie, to rodzaj totemów Unii - co także sprzyjać może sukcesowi.
Elżbieta Królikowska-Avis
3 sierpnia 2012
