Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – zorganizowało w ostatnim czasie projekcje dwóch filmów, które z wielkim trudem przebijają się do publicznej świadomości.

   Jeden to wymagający jeszcze ostatecznego szlifu - pełnometrażowy ponad 2-godziny film fabularny Jerzego Zalewskiego, reżysera i producenta, o Mieczysławie Dziemieszkiewiczu „Roju”, żołnierzu NSZ, który nie chciał złożyć broni i walczył na Mazowszu aż do 13 kwietnia 1951 roku.

   Drugi – to dokument filmowy pt. „Zapomniane męczeństwo” Jolanty Hajdasz, dziennikarki piszącej i filmującej, posiadającej doświadczenie menadżerskie telewizyjne i prasowe, a także doktorat. Za własne pieniądze zrobiła kilkudziesięciominutowy profesjonalny film o niezwykle ważnym, bohaterskim duchownym polskiego kościoła, późniejszym arcybiskupie i Metropolicie Poznańskim Antonim Baraniaku.

   Żeby było jasne: mój tytuł felietonu dotyczy filmowców. Okazuje się, że są jeszcze ludzie w cynicznej i zdemoralizowanej branży, którym chce się podejmować sprawy, tematy naprawdę ważne i jak się okazuje trudne do zrealizowania.

   To w końcu zdumiewające dlaczego potężna państwowa machina broni się przed takimi filmami jak pokazanie walki, wojny wewnętrznej w kraju już po pokonaniu hitleryzmu.

   Tyle miernoty przelewa się przez ekrany. Wchodzą i jeszcze szybciej schodzą filmy o niczym. Więc nikt na nie chodzi. Wyfraczeni i na koturnach fundują sobie festiwale, nagłaśniane potem przez bezmyślną i bez autorytetów telewizję. Kisi się to wszystko we własnym sosie. Bardzo z siebie zadowolone. Towarzystwo ciągnie za sobą swoje dzieci – na sceny i do zawodu. Przyjmuje nagrody i gratyfikacje. Na to wszystko operatorzy kultury znajdują pieniądze – nie ma ich tylko na tematy ważne dla oświecenia ludzi jak było i na podpowiadanie co wybierać.

   Jerzy Zalewski bez sponsora nie może ukończyć filmu. Władza filmowa się obraziła, bo reżyser bywa niegrzeczny i na dodatek… zrobił film o dwie minuty dłuższy wobec umowy!

   To oczywiście preteksty. Tchórzliwi dysponenci naszej wspólnej kasy boją się tego filmu. Bezpieczniej dla nich jest lansować rozterki duchowe papierowych postaci, nadmuchiwać sztuczne konflikty, ściągać ludzi do kina balansując na granicy porno.

   Tragiczne losy powojennej Polski to rzeczywiście temat niezwykle trudny. Ale upłynęło już dziesiątki lat. Niech karakany, upraszczacze i przekręcacze naszej historii już odpoczną! Panowie, WY już nic więcej ciekawego nie zrobicie. Macie piersi pełne medali. Po co wam jeszcze szmal. Korzystajcie – i to szybko – z tego co nagromadziliście.

   Zalewski jest niegrzeczny, może nawet krnąbrny. Mówią mu, że za dużo już wydał na film. Ale to ważny film. Pokażmy go ludziom, szeroko i przez kina, i przez telewizję.

   Będzie naprawdę o czym dyskutować w studiach i w kawiarniach.

   Drugi film to sprawa, która jeszcze bardziej zdumiewa. Jak to się stało, że o bohaterskim księdzu, który przeszedł UB-cką katorgę w najcięższym stalinowskim więzieniu przy Rakowieckiej – panuje cisza. To o nim sam Prymas Wyszyński mówił, że ten drobnej postury człowiek poddany został cierpieniom fizycznym za niego, za Kardynała, ponieważ znał tajemnice jako sekretarz kościelnego dostojnika. Stefana Wyszyńskiego więziono, a Antoniego Baraniaka biciem, głodzeniem, przetrzymywaniem nago w tzw. ciemnicy więziennej celi bez okna i światła chcieli zmusić do złożenia zeznań pozwalających na skazanie prymasa Wyszyńskiego za zdradę stanu. Biskup Antoni Baraniak nie załamał się i wytrzymał 27 (dwadzieścia siedem!) miesięcy takiego traktowania. W Polsce – tak naprawdę – bardzo niewiele osób o tym wie. Zrujnowano mu zdrowie, ale wytrzymał. Zmarł w 1977 roku.

   Autorka – Jolanta Hajdasz – dotarła do ostatnich żyjących świadków życia i działalności abp. Antoniego Baraniaka – do jego lekarki, sióstr zakonnych, które z nim pracowały, do nieznanych nagrań archiwalnych. Nikt z tych zbrodniarzy, którzy maltretowali nie został ukarany. A żyje ich jeszcze kilkudziesięciu.

   I jak to się stało, że film dokumentalny – pierwszy na ten temat mimo upływu pół wieku –  dokumentalistka z Poznania zrobić musiała za własne pieniądze. Że z kolei telewizja publiczna broni się przed tym filmem rękami i nogami, mimo iż – ponoć – na czele tego show interesu (i na Woronicza, i na Skwerze – nomen omen – Kardynała Wyszyńskiego) są ludzie, którzy jeszcze niedawno uchodzili…

   Uchodzili! I niech ujdą!

Stefan Truszczyński

08.08.2012

P.S. Szanowny Panie Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdanie Zdrojewski uzdrów Pan wreszcie swój resort.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl