Nie polemizowałbym tu z Krzysztofem Kłopotowskim, ponieważ czynię to epistolarnie od dłuższego czasu. I nie dochodzimy do żadnego porozumienia; co gorsza – im dłużej i więcej wymieniamy myśli, tym mentalnie coraz nam dalej od siebie. Postanowiłem wobec tego nie podejmować już żadnego dyskursu.

A jednak po tekście Krzysztofa Kłopotowskiego „Bronię (trochę) Mazowieckiego” upublicznionym na naszym portalu, a wywołanym moim listem otwartym do o. Macieja Zięby, w którym piętnuję brzydką leksykalnie i chybioną merytorycznie krytykę Andrzeja Nowaka za wypowiedź o Tadeuszu Mazowieckim - znów ulegam imperatywowi przeciwstawiania się opiniom znakomitego kolegi. Albowiem autor chwali swym wybornym piórem koniunkturalistów, w rodzaju Andrzeja Wajdy i właśnie Tadeusza Mazowieckiego, którego moralność publiczną, kulturę patriotyczną we wspomnianym liście oceniam bardzo nisko.

Szanowny Adwersarz pisze: „prawdopodobnie wstyd i wewnętrzna skrucha sprawiły, że Tadeusz Mazowiecki nie tylko zmienił front po roku 1956, ale poszedł dalej, niż wymagała tego kariera publiczna”. I podaje przykłady owego „pójścia dalej”: włączenie się w nurt ogólnospołecznej kontestacji. Muszę tu, powodowany rygorami rzetelności stawianych naszemu zawodowi, zapytać i prosić o ujawnienie: jakie racjonalne przesłanki mogą prowadzić do wniosku o domniemanym wstydzie i skrusze? Czy Mazowiecki zwierzył się publicyście? Jeśli tak, to kiedy, jak i w jakich okolicznościach? Wyjaśnienie byłoby konieczne, a przy tym czytelniczo ciekawe. Najelementarniejszą zasadą naszego pisarstwa jest bowiem takie formułowanie wypowiedzi, żeby czytelnik był przekonany, iż autor uczciwie wyjawił wszystko, czego się dowiedział (niby) specjalnie dla niego. I żadne zdanie dziennikarskie nie powinno wywoływać u odbiorcy jakichkolwiek pytań czy wątpliwości. Jeżeli dziennikarz w swej publikacji pozostawia jakieś miejsca „puste” faktograficznie, to zdezorientowany czytelnik przestaje mu wierzyć. A więc tutaj może rozumieć opacznie, że np. Mazowiecki włączył się do działań tych środowisk, które podważały reżym, gdy w porę dostrzegł przejawy walącego się systemu, któremu ongiś służył. Czytałem w latach osiemdziesiątych wspomnienia Tadeusza Mazowieckiego z internowania i nie mogę sobie dziś przypomnieć, jak wyraźnie późniejszy premier potępiał twórców stanu wojennego. Najlepiej pójść do biblioteki i ponownie przeczytać…

Natomiast skruchę wykazał - jak powszechnie wiadomo - Leszek Kołakowski, gdy powiedział (napisał) expressis verbis, że na przełomie lat pięćdziesiątych mylił się politycznie i wygłaszał poglądy, które mogły szkodzić kulturze polskiej. Tak, bez publicznego wyznania swych błędów politycznych nie ma skruchy ni pojednania.

Mój Adwersarz broniąc Mazowieckiego przed moimi zarzutami przywołuje Talleyranda. No tak, rzeczywiście, zdaje mi się, że cynizm łączy obie te postaci. Zresztą nie tylko je. Cyniczne są setki tysięcy współczesnej inteligencji, zwłaszcza twórczej, uznawanej - i uważającej się - za elitę, acz z dawną, oprócz czasami walorów umysłowych, nie scala jej jednaka aksjologia państwowo-narodowa i wszelka inna. Oszustwa, krętactwa, kłamstwa, chciwość, umizgi do tych, którzy mają władzę albo wiadomo, że wkrótce mogą ją posiąść - to typowe zachowania owej współczesnej elity.

Mazowiecki nie musiał - wbrew opiniom Kłopotowskiego - 23 listopada 1989 r. zapewniać w Moskwie sowietów, że sojusz polskosowiecki trwa i będzie trwać. A deklarował tak, ponieważ Moskwa wciąż miała jeszcze pewien niewielki - acz istotny, bo personalny - wpływ na to, co działo się w Polsce odzyskującej wolność, jak niedawno wyszło na jaw, ułomną. Najlepszym narzędziem w grach dyplomatycznych, jest milczenie. Albo taki bluff, który dezorientuje i zastrasza przeciwnika, a społecznościom, w imię których podejmuje się działania polityczne, przynosi korzyści. Tak postępował Piłsudski. Trudno oczywiście od kogokolwiek wymagać tego samego. Ale przyzna kto uczciwy, że premier powinien wtedy w Moskwie milczeć albo powiedzieć coś wprost przeciwnego, że na przykład koniec z tym sojuszem. Co by mu zrobiono? Na pewno nie uwięziono i nie zamordowano. Co by nam, Polakom, zrobiono? Na pewno nie byłoby zbrojnej interwencji. Przecież kończył się rok 1989! A tak? Nasz premier wykazał przed sowietami uległość rządu polskiego, z której po mistrzowsku Rosjanie korzystają do dziś. A co prywatnie zyskał sam Mazowiecki owym obnażeniem miękkości wyrywającej się z niewoli Polski? Wszystko, co było do osiągnięcia: zachowanie (na czas pewien) stanowiska premiera.

Owo zapewnianie sowietów, że sojusz z nimi jest trwały, przypomina, niestety, poparcie Mazowieckiego w roku 1953 na łamach WTK, pisma, którym kierował z łaski rządców Polską pojałtańskiej, wyroków na biskupów Kurii Metropolitalnej Krakowskiej i biskupa Czesława Kaczmarka.

Późniejszy redaktor naczelny „Więzi” i „Tygodnika Solidarność” nie był zresztą w 1953 odosobniony. Rezolucję potępiającą owych „szpiegów” we fioletach i akceptującą wyroki władzy PRL podpisało około 30 twórców, dwu generacji: którzy działalność literacką i naukową rozpoczęli w II Rzeczypospolitej, jak i młodszych, debiutujących w Polsce powojennej, m. in.: Jan Błoński, Karol Bunsch, Kornel Filipowicz, Andrzej Kijowski, Sławomir Mrożek, Julian Przyboś (wybitny już wtedy oportunista, którego poezję władza kazała czytać młodzieży szkolnej jako europejski przejaw awangardy literackiej), Maciej Słomczyński. Wisława Szymborska. Anna świerszczyńska, Olgierd Terlecki.

A przecież za odmowę poparcia nie groziła ani śmierć, ani więzienie, twórcy ci oraz niewymienieni podpisywali dla kariery, żeby móc wydawać książki dobrze recenzowane przez dyspozycyjnych wobec władzy krytyków, mieć wyosokopłatne spotkania autorskie etc. etc. Jakoż wydawali, jeździli, spotykali się z czytelnikami. Tak oto traciliśmy elitę ocalałą fizycznie z wojny. A dlaczego podpisał Mazowiecki? Żeby móc potem być posłem na Sejm PRL przez trzy kadencje: od III do V, redaktorem naczelnym „Więzi”, a po zmianie uniformu stać się politykiem chwalonym przez zdezorientowane masy oraz dziennikarzy-publicystów sprzeniewierzających się swemu powołaniu: służbie społeczeństwu przez krytykowanie polityków.

Wszystko, co czynił Mazowiecki od 1953 r., było i jest wyrachowane, skalkulowane, wyliczone. Czy naprawdę zasługuje na obronę, chociażby ograniczoną, taką „trochę”, jak zastrzega w tytule Krzysztof Kłopotowski? Niedawno w sobotnio-niedzielnym dodatku do dziennika „Rzeczpospolita”, „Plusie Minusie” publicysta tłumaczył, że Wajda musiał. Musiał zawierać pewne kompromisy z władzą, inaczej nie stałby się dzisiaj, dla całego zresztą ucywilizowanego świata, Wajdą. Właśnie! Musiał także Mazowiecki. Musiały dziesiątki tysięcy przedstawicieli elit. Jaki szlachetny i szczęśliwy jest człowiek, który nigdy nie musi…

 

Owo tytułowe „trochę” charakteryzuje bogatą osobowość publicystyczną autora - jest „trochę” oportunistą i jednocześnie „trochę” nim nie jest, jest, „trochę” obrońcą koniunkturalizmu i „trochę” jego demaskatorem.

W ostatnim akapicie swej wypowiedzi Krzysztof Kłopotowski napisał, zapewne nieświadomie, nieprawdę: „Z krewkim kolegą Wegnerem prowadzę pewną grę. Proszę, żeby przedstawił program dojścia III RP do suwerenności, jaką miała II RP i za którą zapłaciła straszną cenę wojny, okupacji i komunizmu. Najpierw obiecał, że poda, ale kiedy zażądałem, że ma być realny i konkretny, odpowiedział, że to nie jest proste. No nie jest. Łatwiej wyżywać się na politykach”.

Krzysztof Kłopotowski nic nie zażądał, natomiast w ferworze polemicznym z a p r o p o n o w a ł, żebym przedstawił „program realistyczny” naprawy naszej Rzeczypospolitej. Po drugie – nie obiecałem, że przedstawię, ponieważ nie jestem aż tak nierozsądny, żeby porywać się na coś niewykonalnego. Po trzecie – sprowokowany nadmierną pewnością Kłopotowskiego, że da się osiągnąć cele abstrakcyjne, napisałem artykuł teoretyczny (trochę) „Fetysz obiektywizmu” („Forum Dziennikarzy”, październik 2012). Wywodzę tam, że nie ma „jednego realizmu”. Że dla jednych realistyczne jest to, co daje konkretne, wymierne korzyści materialnie czy prestiżowe, dla drugich znów wewnętrzna niezależność i honor. To, co dla mnie jest realistyczne w danej chwili dziejowej – teraz dodaję: chronienie imponderabiliów narodowych przed plugawieniem - Kłopotowskiemu może się wydawać naiwnie nierealistyczne…

Dzisiaj dowiaduję się nadto, że wedle Szanownego Kolegi pochwała konformizmu Mazowieckiego lub Wajdy, których postępowanie szkodzi polskiej moralności publicznej (o niekorzystnych skutkach twórczości wybitnego reżysera pisałem wielekroć na różnych łamach i stronach) jest przejawem realizmu.

Nie ma zgody na tę apologię Kłopotowskiego! I mój sprzeciw jest równie realistyczny, acz Krzysztof Kłopotowski go nie rozumie. Krytykując moje opinie, mimowiednie i paradoksalnie potwierdza ich słuszność - że nie ma jednego „realizmu”; podobnie jak pojęcie inteligencji: ma tyle wyjaśnień, ilu ludzi je próbuje je zdefiniować.

Pozostaję przeto przy moim s t a r o ś w i e c k i m przeświadczeniu, że różnice zdań płyną zawsze z odmiennej mentalności i moralności, a one projektują inne, niekiedy wręcz antagonistyczne, poczucia realizmu. Nareszcie więc wiem, dlaczego z kol. Krzysztofem Kłopotowskim nie umiem się porozumieć publicystycznie.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl