21 marca, w pierwszym dniu wiosny Kurdowie obchodzą święto Newroz – kurdyjski Nowy Rok. Jest to niezwykle ważne i radosne święto, sięgające tradycją kilku tysięcy lat, podczas którego pali się ogniska i tańczy wokół nich w barwnych korowodach. Jednak nie wszyscy Kurdowie mogli w tym roku świętować, gdyż w jednej z części etnicznego Kurdystanu, czyli w Kurdystanie Zachodnim znajdującym się na terenie północnej Syrii, od dwóch lat toczy się wojna. Aczkolwiek, do północno-wschodniej partii Syryjskiego Kurdystanu już też zawitała wiosna. W Damaszku, Daraa, Homs czy Aleppo w tym dniu ginęli ludzie, a w Amudzie, Kamiszli, Serekani (Ras al-Ain) rozbrzmiewała muzyka i świętowano Newroz. Tam wojny nie ma.
Na fali „Arabskiej Wiosny” i zwycięstw ruchów antyrządowych w Libii, czy Egipcie w połowie marca 2011 r. mieszkańcy Syrii postanowili obalić reżimowy, autokratyczny rząd, znieść istniejący od czterdziestu paru lat stan wojenny i doprowadzić do demokratycznych wyborów. Zapanowała euforia i wydawało się, że zadanie jest proste, że demonstrującym ludziom przyjdą z pomocą zachodnie wojska i w Syrii zapanuje pokój, braterska miłość, poszanowanie drugiego człowieka, a przede wszystkim dobrobyt.
Bardzo szybko okazało się, że w Syrii o żadnej „Arabskiej Wiośnie” nie ma mowy. Naprzeciwko demonstrujących stanęła bardzo dobrze uzbrojona armia stale doposażana przez silnych sprzymierzeńców, którzy muszą utrzymać wpływy w regionie. Ci, którzy mogliby pomóc Syryjczykom przyjęli rolę obserwatorów i zajęli pozycję wyczekującą. Rada Bezpieczeństwa, mózg największej międzynarodowej organizacji, wobec braku jednomyślności jej członków, stała się marionetką w rękach możnych tego świata. Bilans trwającej od dwóch lat wojny domowej zamyka się w zrujnowanych doszczętnie wielu miastach, ponad 70 tysiącach zabitych, w większości cywili i ponad jednego miliona uchodźców, z tego połowa dzieci i dwa miliony emigrantów wewnątrz Syrii.
Dziennikarzom wstępu zakazano, a niepokornych skutecznie się pacyfikuje. Informacje docierające z Syrii są zdawkowe, czasem jednostronne, tendencyjne, w większości oparte na relacjach przypadkowych osób, które za pośrednictwem telefonów komórkowych, lub innych nośników cyfrowych wysyłają je w świat. Chyba, że ktoś ma swoich własnych informatorów, ale o tych trudno, zwłaszcza że telefony, czy internet funkcjonują sporadycznie i tylko tam, gdzie nie było bombardowań.
Kraj został wyraźnie podzielony na 4 grupy, z których każda ma inny interes. Jedni to alewici, nazywani też alawitami, których korzenie religijne sięgają szyizmu, potomkowie ludów śródziemnomorskich, w tym m.in. Fenicjan, chcą za wszelką cenę utrzymać władzę. Kolejni, to Druzowie, których w sąsiednim Izraelu uznaje się za odrębny naród i mimo, że powstali również na bazie szyizmu nie mają żadnych wspólnych interesów z alewitami. Ich jedynym celem jest wyzwolenie się spod władzy partii Baas, czyli Partii Socjalistycznego Odrodzenia Arabskiego. Do tego dochodzi duża grupa arabskich sunnitów, niemal od powstania islamu walczących z szyitami. To im marzy się stworzenie państwa opartego na prawie koranicznym, państwa, w którym wszyscy byliby braćmi w islamie, a więc jeden język, jedna religia i brak tolerancji dla inności. Jest też spora społeczność chrześcijańska, podzielona na kilkanaście kościołów wschodnich lub o rycie wschodnim, której nie da się do żadnej z tych grup przypisać. O chrześcijanach w Syrii mówi się, że są spolegliwi, niezdecydowani, starający się nikomu nie wchodzić w drogę, wywodzący się z różnych grup narodowościowych, ale też najbardziej doświadczani w tej nie ich wojnie. Ostatnią, czwartą grupę stanowią Kurdowie szacowani na 3 do 3,5 miliona osób, tendencyjnie przez władze rządowe zaniżani do ok. 2 milionów, aby nie przekroczyć 10 procentowego progu populacji Syrii. W Polsce Kurdowie różnie są postrzegani, najczęściej łączy się ich z Kurdyjską Partią Pracy (PKK, Partiya Karkerên Kurdistan), której przypisuje się miano organizacji terrorystycznej opartej na komunistycznej ideologii. Jednak mało kto wie, że Kurdowie, to prawie 45-milionowy naród chyba najbardziej na Bliskim Wschodzie świadomy tego, czym jest demokracja.
Wszystkie te grupy, poza alewitami, próbowały stworzyć wspólny, antyrządowy front. Po tragicznych wydarzeniach owej „Arabskiej Wiosny”, kiedy Şivan Perwer, legendarny kurdyjski bard mieszkający na uchodźstwie, zaczął śpiewać pieśni mówiące o pokoju, również wśród Arabów i to po arabsku, syryjskich Kurdów zaczęto postrzegać na równi z Arabami. Kurdowie od początku owej rewolucji próbowali przyłączyć się do opozycji syryjskiej, czego przykładem był wybór Kurda, doktora filozofii i historii Abdula Basaida Seyda, byłego nauczyciela z Amudy, obecnie mieszkającego w Szwecji, na szefa Syryjskiej Rady Narodowej, po ustąpieniu jej pierwszego przewodniczącego, profesora paryskiej Sorbony Burhana Galjuna. Takiego wyboru dokonano może dlatego, że to właśnie Kurdowie w sąsiednim Regionie Kurdystanu, autonomicznej części Irackiego, czyli południowego Kurdystanu, dali się poznać, jako ludzie, którzy potrafią rozmawiać z różnymi zwaśnionymi grupami.
Niestety opozycja syryjska była i jest na tyle podzielona, a na dodatek skłania się ku fundamentalizmowi muzułmańskiemu, którego Kurdowie nie akceptują, że syryjscy Kurdowie również zaczęli się dzielić na wiele frakcji. Ich podział i niezdecydowanie zaczęły wykorzystywać władze Turcji, które wykazują dualizm wobec tejże rewolucji. Z jednej strony rząd Turcji daje schronienie syryjskiej opozycji, a przede wszystkim tworzy obozy dla uchodźców syryjskich. Z drugiej, Turcy przerzucają do Syrii najemników wchodzących w skład Wolnej Armii Syryjskiej, a także wspierają ową armię finansowo, powodując brak stabilizacji głównie na terenach zamieszkałych przez Kurdów. Wolna Armia Syryjska próbowała przejąć tereny kurdyjskie, zwłaszcza te przy granicy iracko-tureckiej, gdzie znajdują się złoża ropy naftowej.
Kurdowie nie chcąc stracić po raz kolejny swojej ziemi zdecydowali się, pod wpływem rozmów z Masudem Barzanim, prezydentem Regionu Kurdystanu, na połączenie wszystkich kurdyjskich partii funkcjonujących w Syrii. 11 lipca 2012 r., w Halerze (Erbil, stolica R.K.) doszło do spotkania przedstawicieli owych partii. Powstał jeden wspólny opozycyjny blok kurdyjski – Desteya Bilind a Kurd (DBK, Najwyższa Kurdyjska Rada), mający przedstawicielstwa we wszystkich zamieszkałych przez Kurdów miastach w Syrii. Na bazie DBK, a przy znacznej militarnej pomocy PYD (Partiya Yekîtiya Demokrat, Partii Unii Demokratycznej, niesłusznie łączonej z funkcjonującą na terenie Turcji PKK, dzisiaj na terenie Syrii posiadającej ponad 35 tysięczną armię, złożonej również z plutonów kobiecych) i wyodrębnionych jednostek samoobrony YPG (Yekîneyên Parastina Gel, Powszechne Jednostki Obrony) doszło do wyzwolenia znacznych obszarów kurdyjskich w północno-wschodniej Syrii. W wielu regionach Syryjskiego Kurdystanu prawie nie odczuwa się wojny. Niemal na wszystkich budynkach użyteczności publicznej powiewa kurdyjska flaga. W Amudzie pomnik z podobizną prezydenta Assada zamieniono na statuę wolności, przypominającą tę z Nowego Jorku. W wielu miejscowościach rozpoczęto regularną edukację dotychczas zabronionego języka kurdyjskiego. To Kurdowie, a nie Syryjczycy kontrolują dystrybucję wody, żywności i paliwa, a także to Kurdowie sami zaczęli decydować, a nie reżimowe wojsko, czy ziemia na danym polu ma leżeć odłogiem, czy też być uprawiana. Kurdowie przejęli władzę w Rimelan i Derik (Malikiya), miastach, w których wydobywa się ropę naftową.
Rząd syryjski na terenach kurdyjskich nie ma zbyt wielkiej władzy, a do walk dochodzi sporadycznie i to tylko pomiędzy Wolną Armią Syryjską i PYD. Kurdyjskie miasta i kurdyjskie dzielnice w np. w Aleppo przypominają oazy w piekle. Rząd kontroluje obecnie jedynie lotnisko w kurdyjskim mieście Kamiszli, a także utrzymuje władzę w mieście Hassake, ale już nie w regionie.
Granicę iracko-syryjską na północy, a więc tę rozdzielającą Kurdystan na południowy i zachodni kontrolują Kurdowie. To tamtędy dociera pomoc dla syryjskich Kurdów, głównie w postaci żywności, środków medycznych, paliwa…, ale jest to też źródło dochodów DBK, gdyż każdy przekraczając granicę musi uiścić niedużą opłatę.
W Syryjskim Kurdystanie wytworzyła się niezwykle interesująca sytuacja, jest to niemal powtórka z Iraku Północnego z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Podobnie jak wówczas można mówić o tworzeniu się nieformalnej kurdyjskiej autonomii, ale tym razem nie przez demokratów z charyzmatycznym przywódcą lecz przez formację zmilitaryzowaną, akceptowaną niemal przez wszystkich syryjskich Kurdów.
- Przez dwa lata 16 naszych partii tylko dyskutowało i nic nie zrobiło – mówi Dżamil z Kamiszli podczas rozmowy telefonicznej przy okazji składania życzeń na święto Newroz. – PYD przyszło i wszystko uporządkowało. To oni zdobyli serca ludzi, nawet tych, którzy ich nie akceptują. Nigdy nie lubiłem PYD, ale teraz mam do ludzi z tej partii szacunek, bo dzięki nim mogę żyć.
Najciekawsze, że do tej oazy w piekle garną się również chrześcijanie, którzy wręcz proszą ową „terrorystyczną” PYD o ochronę przed muzułmańskim fundamentalizmem.
- Nikt nie chce sunnickich fundamentalistów, zwłaszcza mniejszości narodowe, których u nas jest dużo – kontynuuje Dżamil. – Ta fundamentalistyczna opozycja jest gorsza od reżimowej władzy.
Kurdowie z dużym zniecierpliwieniem czekają na ruch władz Turcji, bo to Turcja jest głównym rozgrywającym w kwestii kurdyjskiej i to niezależnie od tego w którym z państw owi Kurdowie mieszkają. Najbliższe dni mogą przynieść niezwykle interesujące rozwiązania. W ubiegłą środę, czyli 13 marca, PKK uwolniła ośmiu tureckich żołnierzy i urzędników, którzy od 2 lat przebywali w bazach kurdyjskich partyzantów. W zamian przetrzymywany od 1999 r. w tureckim więzieniu Abdullah Öcalan, lider PKK, mógł oficjalnie przemówić za pomocą listu, który przeczytano podczas uroczystości Newrozu w Diyarbakirze (stolica Północnego, inaczej Tureckiego Kurdystanu), gdzie zgromadziło się prawie milion osób.
Ów list przeczytano po kurdyjsku (jeszcze do niedawna w Turcji za publiczną wypowiedź w języku kurdyjskim szło się do więzienia i to na wiele lat, a czasem nawet traciło się życie) i po turecku. Treść owego listu była apelem nawołującym do wstrzymania ognia, budowania zaufania pomiędzy dwoma dużymi narodami jakimi są Turcy i Kurdowie. Öcalan podkreślał, że nie oznacza to końca rewolucji, ale wejście w jej nowy etap. Propozycja pokojowego rozwiązania konfliktu została zaakceptowana przez partyzantów PKK przebywających w bazach rozrzuconych w rejonie góry Qandil, ale przede wszystkim pozytywnie przyjęta przez Recepa Tayyipa Erdoğana, premiera Turcji. Dotąd władze Turcji nie uznawały Kurdów, nazywały ich Turkami Górskimi, a PKK okrzyknęły organizacją terrorystyczną. Teraz nic się na ten temat nie mówi, wręcz pojawiła się nadzieja na zakończenie konfliktu trwającego od Traktatu w Lozannie podpisanego w 1923 r. Proponuje się przeniesienie zmilitaryzowanych członków PKK do Syrii, aby wspomogli PYD w utrzymaniu pokoju na terenach Syryjskiego Kurdystanu.
W wiadomościach rosyjskiego kanału telewizyjnego odbieranego w Syrii ukazała się informacja, że po tym „wystąpieniu” lidera PKK coraz pewniejszym jest stworzenie w Syrii kurdyjskiej autonomii ze stolicą w Kamiszli.
Dla syryjskich Kurdów „Arabska Wiosna” przestała się liczyć, bo mają własną „Kurdyjską Wiosnę”.
Maria Giedz
