W nieocenionym „Daily Mailu” natknęłam się na taki oto cartoon: dach ambasady Ekwadoru w Londynie, w tle narodowa flaga, pod nią paru wąsatych  generałów w ciemnych okularach, na pierwszym planie – wielka armata.  Jeden z nich mówi w kierunku otwartych drzwi: „OK, panie Assange. Czas, żebyśmy odtransportowali pana na lotnisko”. I straszno, i śmieszno.

    Jak cała afera WikiLeaks, jej  założyciel, „expose”, jakie niedawno wygłosił  do „narodu”, czyli kilkudziesięciu tutejszych zawodowych manifestantów, od zawsze na garnuszku państwa, oraz latynoskich uchodźców, których Wielka Brytania przygarnęła, pozwoliła stanąć na nogi, i  wielu z nich zapewne nadal wspiera zasiłkami. Trzymali  banery z napisami: „Walka o wolność słowa dziś toczy się właśnie tutaj”, „ Wszyscy jesteśmy Julianami!” i, nie wiadomo dlaczego, „Ręce precz od Ekwadoru”. A jasnowłosy narcyz i  międzynarodowy playboy wygłosił z okna ambasady  przemówienie, w którym obiecał, że „zawsze będzie orędownikiem wolności słowa” oraz zaapelował do prezydenta Baracka Obamy: „Amerykańskie władze stoją przed wyborem: albo wrócić do wartości Ojców Założycieli Ameryki, albo zrobić krok w stronę świata opresji, gdzie dziennikarze mogą jedynie szeptać w ciemności.” Hipokryzji i kabotyństwu nie było końca.


    Bo  o co w tym spektaklu naprawdę chodzi? Przypomnijmy parę faktów. Dwa lata temu WikiLeaks ujawnił na swoich stronach ok. 500 tysięcy tajnych depesz dyplomatycznych, głównie  amerykańskich. Ze śladową  ilością materiałów z Rosji czy innych krajów, pewnie aby nie wywołać odczucia stronniczości politycznej. Ale  kto tylko chce doskonale wie, że WikiLeaks to  portal lewicowy - choć zapewne nie bez znaczenia  była ogólna wiedza o tym, że Rosja ma  służby specjalne, które działają bardzo sprawnie, patrz:  wypadek, jaki zdarzył się  kiedyś bułgarskiemu dziennikarzowi na Moście Westminsterskim, czy  niedawno Litwinience,  w samym środku Londynu. Amerykanie się zagotowali, ale nie podjęli żadnych kroków prawnych, a po jakimś czasie Szwecja wystąpiła z europejskim nakazem aresztowania szefa WikiLeaks za gwałt i seksualną napaść podczas tury promocyjnej na jej terytorium. Assange  został aresztowany, wypuszczony za kaucją, a po wykorzystaniu wszystkich możliwości prawnych, schronił się w ambasadzie Ekwadoru w Londynie. Otrzymał status azylanta politycznego przy wielkim aplauzie reżysera – komunisty Kena Loacha i lewicowego dziennikarza Johna Pilgera, zresztą  całej lewicowo-liberalnej strony brytyjskich mediów. I  nagle wszystkie puzzle zaczęły się układać w znajomy obrazek.


     Oczywiście Assange nie wybrał ambasady Ekwadoru przypadkowo. Już przedtem  znał prezydenta Rafaela Correrę, z którym rok temu przeprowadził wywiad w swoim „Julian Assange Show” na rosyjskim kanale „Russia Today”. Pytanie za 50 penów brzmi: jak dobre układy w Rosji trzeba mieć, aby dostać stały  talk show w najbardziej znanym, jeśli nie jedynym kanale rosyjskim na zagranicę? Po drugie, od dawna wiadomo, że prezydent Correra  „ serce ma po lewej stronie”, zaciekle zwalcza Amerykę i jest wiernym sojusznikiem prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza oraz przywódcy kubańskiej rewolucji Fidela Castro.  Zatem  trudno się dziwić, że Assange zwrócił się o polityczny azyl do Rafaela Correry, że ten   internetowemu awanturnikowi azylu udzielił, a kiedy policja brytyjska otoczyła  ambasadę, prezydent wygłosił  mowę oskarżycielską: „Oni chyba nie pamiętają – mówił w stronę brytyjskiego i  amerykańskiego establishmentu – że Ameryka Lacińska jest wolna i suwerenna” I że „nie pozwoli na żadne ingerencje w stylu kolonialnym”. Quito wysłało notę, że liczy na poparcie Unii Narodów AP oraz lewicowego Sojuszu Boliwariańskiego (ALBY), zrzeszającego m.in. Ekwador, Kubę i Wenezuelę, i nie musiał długo czekać na wsparcie Hugo Chaveza.

    I oto wszystkie puzzle znalazły się na swoim miejscu, obrazek gotowy. Internetowy  awanturnik i lewak Julian Assange  przywdział togę jedynego sprawiedliwego w kapitalistycznej, oczywiście, Sodomie, i  bezceremonialnie wykorzystuje święte wartości  demokracji –  wolność słowa, interes społeczny, etc. Farsa trwa.  W tej historii przegląda się także  „duch naszych czasów”, moda na celebrytów zza więziennych krat oraz coraz  bardziej widoczne zjawisko internetowej bukanierki. Na innym dowcipie rysunkowym z „Daily Maila”,  widać starszą parę, która właśnie wróciła do domu i złapała włamywacza na gorącym uczynku. Flegmatyczny pan domu mówi do przestraszonej żony: „Jedyna jego nadzieja, że Ekwador zaoferuje mu azyl”.    
 

Elżbieta Królikowska-Avis

25 sierpnia 2012
  
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl