Obserwacja awersji kolejnych władz do wolności słowa pozwala odtworzyć trzystopniową ścieżkę tego, jak politycy pozbywają się niewygodnych tematów. Pierwszy stopień to argument typu „nie wiem, nie znam się, nie orientuję, zarobiony jestem”: „paragraf 212, o tak bardzo ważny, ale teraz nie możemy, mamy kryzys, reformujemy prawo, sądy, mamy trudnego koalicjanta, może jutro.”

Kiedy ten argument nie działa, zaczyna się zabawa taka, jak przy in vitro albo przy reformie prawa prasowego - gra w „Podebatujmy!” Generalnie debata wydaje mi się czymś bardzo ważnym dla demokracji i współczesnej polityki, bo zabezpiecza jej transakcyjny charakter, pozwala obywatelom wpływać na władzę i prowadzi do kompromisu. Natomiast jak w dzisiejszej Polsce słyszę od kogoś słowo „debata” albo nawoływanie do „debaty”, to z miejsca żałuję, że nie noszę ze sobą kastetu, pałki lub chociaż gazu łzawiącego. Polska „debata” to zepchnięcie tematu na lata, zamordowanie go cyklami niepotrzebnych spotkań i konsultacji, w których nikogo się nie słucha, ale wszyscy mogą się wygadać.
Do trzeciego etapu dochodzi się rzadko. To ustanowienie pod silną presją martwego prawa i nieegzekwowanie go albo wręcz antyegzekwowanie. Najbardziej spektakularnym przykładem tego jest konstytucja ZSRR z 1936, wedle której republiki sowieckie mogły swobodnie wystąpić ze Związku kiedy chciały. Ponad dekadę temu z wielką pompą ustanowiono w Polsce ustawę o dostępie do informacji publicznej. Spróbujcie Państwo wyegzekwować ten dostęp od kompletnie niewyedukowanych w tej sprawie urzędników, spróbujcie znaleźć niezbędne informacje na stronach Biuletynu Informacji Publicznej. Czasem się uda.
Innym przykładem są wszelkie gwarancje możliwości docierania do informacji gwarantowane dziennikarzom przez Prawo prasowe. Według niego każdy obywatel ma prawo udzielać informacji prasie, a kierownicy „jednostek organizacyjnych” mają pomagać dziennikarzom nawiązywać kontakty ze swoimi pracownikami i „swobodnie się między nimi poruszać”. A do tego tłumienie krytyki prasowej to przestępstwo. Tymczasem oto kilka spośród spraw, które ostatnio spłynęły do Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP: kierownik w PZU zostaje zwolniony, bo rozmawiał z dziennikarzem, naruszając przy tym wewnętrzny regulamin, który jest niezgodny z prawem prasowym; lokalny dziennikarz sportowy wyrzucony przez ochroniarzy z terenu klubu Warta Poznań podczas nagrywania materiału; publiczny dom kultury chce selekcjonować dziennikarzy, których będzie wpuszczał na koncert (w tym ostatnim przypadku przynajmniej winna była niewiedza, a nie zła wola i udało nam się wymusić poprawę).
Niestety, możemy stanowić najwspanialsze prawa i najbardziej wolnościowe zmiany, ale dopóki urzędnicy nie zostaną przeszkoleni jak ich przestrzegać, i dopóki ich nieprzestrzeganie nie będzie groziło realną karą, dopóki sędziowie nie będą odpowiadać za notoryczne wydawanie wyroków uchylanych w drugiej instancji lub uznawanych za nieprawne w Strasburgu, będziemy cały czas tkwili na trzecim stopniu spychologii. W tym przypadku spychologii wolności słowa i demokracji.
Wiktor Świetlik
26 sierpnia 2012
