Media alternatywne czy opozycyjne?
Tydzień temu w „Naszym Dzienniku” pojawił się interesujący i cenny artykuł ks. bp. Adama Lepy „Media alternatywne podstawą demokracji”.
W tekście czytamy: „Swobodne tworzenie i rozwój mediów alternatywnych jest powszechnie przyjętym symptomem respektowania w państwie podstawowych zasad demokracji”. Jak najsłuszniej. Jednak zajmując się od lat strukturami i procedurami demokratycznymi, chciałabym zadać pytanie: dlaczego alternatywne, a nie opozycyjne, które są przecież tak stare jak sama idea demokracji? Czemu świadomie rezygnować ze statusu mediów opozycyjnych na rzecz „alternatywnych”, które zwykle sugerują ich offowy czy też undergroundowy charakter? Taki jak dawno, dawno temu prasa i radiostacje promujące subkulturę hippisowską, a dziś radiowęzły campusowe czy bardzo rozbudowany w Anglii i USA „segment gejowski”, z magazynami, programami telewizyjnymi, działem książek w każdej większej księgarni. Oto najprostszy termin encyklopedyczny kultury alternatywnej: „typ kultury przeciwstawnej do oficjalnej, popularnej, skomercjalizowanej, lansowanej przez wiodące media” – w naszym przypadku byłby to więc „typ mediów przeciwstawnych mediom dominującym, popularnym, skomercjalizowanym”. Niby podobnie, jednak nie to samo. I wątpię, żeby przymiotnik „alternatywny” można było w w/w przypadkach zastosować wymiennie z „opozycyjnymi”. I czy warto.
Bo media opozycyjne - przynajmniej od 1765 roku, czyli od protestu sławnej pamięci wydawcy Johna Wilkesa przeciw uchwale parlamentu, zabraniającej publicznie komentować to, co się dzieje w Izbie Gmin - wpisane są w konstytucję i stanowią bardzo ważny „kawałek” puzzla demokracji. A „alternatywne” – nie, i nie ma takiej potrzeby, bo tak czy inaczej są chronione artykułem gwarantującym ludziom pióra, pędzla czy kamery, wolność artystycznej wypowiedzi. Na naszej polskiej scenie mediami alternatywnymi możemy uznać np. stację Antyradio, rozgłośnie campusowe, pewnie radiowęzły więzienne, chyba także radio Eska, gdzie do niedawna Kuba Wojewódzki i Michał Figurski raczyli nas swoimi bardzo „alternatywnymi” dowcipami. Spróbujmy raz jeszcze wrócić do samych żródeł.
„Opozycja polityczna – znowu encyklopedia – to partie polityczne, ale także popierające je organizacje społeczne (np. związki zawodowe) oraz media, których konstytucyjną rolą jest występowanie przeciw bezprawnym działaniom rządu”. Czy możemy zatem partie opozycyjne nazywać alternatywnymi? Nie. A media, które wspierają opozycję? Także nie. Ale czy można określić „Uważam Rze”, „Gazetę Polską” czy „Nasz Dziennik” prasą opozycyjną? Z pewnością tak. Alternatywną? Na pewno nie. Byłoby to spychanie ich w kąt, odbieranie historycznego i konstytucyjnego statusu i powagi. Zresztą ich rola z założenia jest inna niż alternatywnych – protestują przeciw bezkarności, indolencji i prawu do nieustannego błądzenia władzy. Jak podniesienia wieku emerytalnego do 67 lat bez debaty publicznej, uchwalenia nowej ustawy o zgromadzeniach, ograniczających prawa człowieka, zamiecenie pod dywan afery „taśmowej” PSL, pokazującej rozmiary korupcji w aparacie władzy, pozbawienia siedziby IPN, jedynego pozostałego „reliktu” w normalniejszych czasach, wykrycia afery Amber Gold. W każdym podobnym przypadku zlekceważenia opinii wyborców media opozycyjne w Wielkiej Brytanii - dziś są to lewicowo-liberalne BBC, „Guardian” czy „Observer” - rozniosłyby rząd Davida Camerona na strzępy! Kiedy minister finansów George Osborne zamroził tylko na kilka lat próg podatkowy, od którego emeryci będą płacić podatki, opozycja nazwała to zaraz „grannie tax”, „podatkiem babci”, i miała zajęcie na dwa tygodnie.
Kłopot w tym, że tymczasem mamy w Polsce „demokrację teoretyczną”, czyli szlachetne i nowoczesne zapisy w konstytucji, które nie przekładają się na życie ani państwa, ani ludzi. A nie przekładają się, bo partie opozycyjne i ich media są słabe, ale przede wszystkim dlatego, że działają samotnie, bez pomocy innych wsporników demokracji jak niezawisły wymiar sprawiedliwości, silne organizacje pozarządowe (choć mamy już aktywną „S”) oraz wiedza obywateli o ich prawach. Dobrze, że wiemy już jak korzystać z jeszcze jednej formy nacisku – ulicy. Niedawno widziałam w Londynie plakat Socjalistycznej Partii Pracy z hasłem: „What the Parliament does, the streets undo” („Co uchwali parlament, to zmieni ulica”). Czy polskie media opozycyjne, np. TV Trwam, skrzykując ludzi na marsze, nie korzystają właśnie z tej formy protestu? Jak najbardziej. I dobrze. Warto jednak pamiętać, że gdyby w wyniku wyborów doszło do zmiany partyjnej warty, to dzisiejsze media establishmentowe stałyby się opozycyjnymi i zaczęły „sprawdzać” Prawo i Sprawiedliwość. Dlatego Platforma Obywatelska powinna, w swoim własnym interesie, wspierać media opozycyjne (choć niekoniecznie alternatywne), bo tak czy inaczej, przyjdzie czas, gdy będzie musiała oddać władzę. Po prostu „tak działa jamniczek”.
Elżbieta Królikowska-Avis
Londyn, 1 września 2012.
