Czy studia dziennikarskie są dziennikarzom potrzebne? Ciągną się dywagacje na ten temat. A że podobno nie ma głupich pytań, tylko są głupie odpowiedzi, to ja odpowiem: zależy którym. Są dziennikarze, którzy bez nich sobie poradzą, są tacy, którzy je mając, sobie nie radzą, i są tacy, którym tylko wydaje się, że sobie bez studiów radzą. Wreszcie są i tacy dziennikarze, którym nawet studia dziennikarskie na nic się nie zdadzą. 

   Bob Woodward, jeden z najbardziej znanych dziennikarzy na świecie (ten od afery Watergate), studiował historię i angielską literaturę, i te studia w dziennikarskiej karierze mu nie zaszkodziły, a prawdopodobnie pomogły. Larry King, bez studiów, rozpoczął karierę w lokalnym radiu w Miami Beach. Przykłady można mnożyć. Ale z drugiej strony, Dan Rather ukończył dziennikarstwo na stanowym uniwersytecie w Houston. Podobne studia dziennikarskie skończyło wielu słynnych dziennikarzy amerykańskich, a i z polskimi jest podobnie. Nie w tym więc rzecz, jakie studia kto kończy, tylko czy nadaje się do dziennikarstwa i czy na pewno chce być dziennikarzem, bo często motywacja jest najważniejsza.  A szkoły dziennikarskie mają po prostu adeptów dziennikarstwa dobrze uczyć, przygotowywać praktycznie do zawodu, dawać jak najszerszą wiedzę ogólną, zapewnić kontakty z mediami i pracownie z profesjonalnym sprzętem, wypracować nawyki rzetelności, uczciwości i przyzwoitości. A że potem taki absolwent trafia na miny, to już inna sprawa. I tu się zaczyna problem, o którym powiem.

   Na studiach dziennikarskich uczymy profesjonalnego podejścia do zawodu. Uczymy etycznych zachowań i przestrzegania prawa. Uczymy poszanowania dla drugiego człowieka i zasad tolerancji. Uczymy tego wszystkiego często na zgubę nieszczęśnika, który potem idzie do redakcji i zastaje na pierwszej rozmowie rozwalonego w fotelu redaktora naczelnego, który nie przeczyta nawet jego CV, tylko spojrzy wymownie w oczy, ledwo wysłucha i zawyrokuje w duchu: „po dziennikarstwie, więc go nie przyjmę”. Bo rzeczywiście, w niektórych redakcjach studia, zasady, etyka, mogą stanowić zagrożenie dla „linii redakcyjnej” i „morale zespołu”. Taki młokos z ideałami w głowie, fantasta, a może i pasjonat, stanowiłby zagrożenie dla zabetonowanego myślenia i latami odtwarzanych układów, w których liczy się kasa, kasa i jeszcze raz kasa, misiu. To jedna sprawa.

   Cóż to jest profesjonalizm? Otóż teraz trochę ponudzę. Z profesjonalną postawą w Polsce od lat nie jest dobrze, o czym wiedzą badacze dziennikarstwa i mediów, wyszydzani często przez środowisko dziennikarskie medioznawcy (a że sam stoję okrakiem po obu stronach barykady, to zapewniam, że wiem o czym piszę). Więc jest źle, a nawet bardzo źle, bo wystarczy obejrzeć wiadomości w państwowej telewizji, poczytać portale i tzw. dziennikarzy obywatelskich, produkujących fałszywe niusy, żeby się o tym przekonać.

   Według autorów znanego podręcznika o mediach, Daniela Hallina i Paolo Manciniego, na profesjonalizm składają się: autonomia dziennikarska, odrębne normy zawodowe, służba interesowi publicznemu. Przeciwdziałają mu: brak wykształcenia, zależność od właścicieli i reklamodawców, polityczna instrumentalizacja mediów (tzw. paralelizm polityczny). I tu, w braku profesjonalizmu, widzę największe zagrożenie. I żeby szkoły dziennikarskie starały się nie wiem nawet jak, to i tak tego nie zmienią. Nie zmienią, bo to jest układ pomiędzy mediami a politykami, pomiędzy politykami a dziennikarzami, w który nowoprzybyli do zawodu wpadają, jak przysłowiowa śliwka w kompot. I nie dam sobie wmówić, żaden redaktor naczelny mi tego nie powie, że jest niezależny od polityków. Niestety, jest, tylko w mniejszym lub większym stopniu. Stale albo czasowo. Jak nie bezpośrednio, to poprzez właściciela, reklamodawców, swojego „ukrytego” szefa, itd., itp.

   O takim zblatowaniu świata dziennikarskiego z politycznym, o takim ucztowaniu przy jednym stole z władzą, świetny felieton napisał Witold Gadowski w tygodniku „Sieci”. Tak świetny, że aż muszę go zacytować: „Dziennikarstwo to trudna, czasami brudna i niewdzięczna robota [...] Ciągle idzie o to samo: informuj, trop władzę, wal po brudnych paluchach, broń słabszych i nie najmuj się do gangów politycznych. Miej swoje poglądy, ale nie pudruj świństw, nie przeinaczaj prawdy przez sprytne przesuwanie akcentów. Porządny dziennikarz nie bywa, gdy nie musi, nie stara się o ordery ani o fuchy. Proste?!”. Proste! Ale zaraz, wcale nie proste, bo rzeczywistość dziennikarska jest inna. Pamiętam, że sam byłem zmuszany po przyjściu do redakcji TVP, żebym wykonywał zlecenia polityczne. Miałem już swój wiek, inną pracę i się nie poddałem, ale co mają zrobić świeżo po studiach upieczeni dziennikarze. Odmówić i w pierwszym dniu wylecieć z roboty, bo nie posłuchał szefa? Redaktorzy naczelni (oczywiście są wyjątki) niepokornych nie lubią. Więc co: wóz albo przewóz, co wybierasz młody człowieku?

   Jacek Wegner na tym portalu pisze o szkole mistrzów. Ale gdzie ich dziś szukać, gdzie oni są, gdzie się podziali ci mistrzowie zawodu? Owszem są, są reportażystami, są freelancerami, niezależnymi dziennikarzami, itp. Ale to nie oni decydują o pracy, umowach, zatrudnieniu, twojej kasie.

   Co nam więc zostaje? Nic, tylko wciąż robić swoje, uczyć, że dziennikarz to zwierzę niezależne, uczyć odwagi, oporu, ale i etyki, dobrych manier, uczyć zawodu. A tego, młody człowieku, naucz się na studiach, bo w redakcji może być już za późno.

Marek Palczewski

Od redakcji: Autor jest adiunktem na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w Warszawie.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl