Mówi mi do słuchawki to swoje rrrr (tak, tak, w tym popularnym wyrazie) i dodaje „No, przegrałem, Sławciu”. „Przykro mi” odpowiadam kurtuazyjnie, chociaż wcale nie jest mi przykro, bo po pierwsze, to on miał jednak ten proces ze mną, a po drugie, przecież mu mówiłem…
Ale po kolei, zacznijmy od środka. Siedzimy w dobrej warszawskiej restauracji i zamawiamy jedzenie. On jest politykiem i on studiuje menu. On ma sprawę, będzie mnie namawiać za chwilę. Bardzo mądrze z jego strony i roztropnie. Próba negocjacji jest zawsze dobrze widziana. Przychodzi kelner, on składa zamówienie na kaczkę z pieca i na wino. Wykazuje się znajomością i dobrym smakiem. Ja natomiast zaraz wypróbuję swój stary numer, który zbije z tropu i otworzy delikatnie usta mojemu towarzyszowi stolika. W drogiej warszawskiej knajpie mówię do kelnera: „Zupę, drugie i kompot proszę”. Mój towarzysz zastyga, lekko otwiera usta i nic nie rozumie. Że jak „zupę, drugie i kompot”? Kelner mnie zna, uśmiecha się, mówi „oczywiście”, odchodzi. Polityk mówi.
- Bo mnie naciskają, żebym wytoczył ci proces, za ten artykuł wiesz który?
- Wiem.
- A ja nie chcę, bo po co to komu. Po prostu napisałbyś jakieś sprostowanie, że się pomyliliście.
- Nie pomyliliśmy się.
- No przecież tam nie jest sama prawda. Mam dowody, Sławciu. W paru miejscach się pomyliliście.
- Dowody, dowody. Szczegóły, szczegóły. To nie zmienia syntetycznego wydźwięku artykułu. Społeczeństwo patrzy władzy na ręce. Gdybym miał ci coś radzić, akurat w tym przypadku, to zapomniałbym o sprawie. Było minęło, gazety zajmą się jutro kimś i czymś innym. Ta twoja sprawa to drobiazg. Ludzie zapomną.
- Przecież mówię ci, mam dowody, przegrasz ten proces Sławciu.
- Dowody odgrywają pewną rolę w sądzie, bywa, że są dla sądu ważne. Musisz jednak pamiętać, że to sąd je ocenia, i że istnieje magiczna formułka stosowana przy ogłaszaniu wyroków, z którą trudno polemizować. Formułka brzmi „Sąd nie dał wiary”. Tego się nie da przeskoczyć.
- Nie rozumiem dlaczego sąd ma dać wiarę tobie, a nie mnie? Przegrasz ten proces, zobaczysz Sławciu.
- Wygram, tak myślę, wiesz dlaczego? Nie jestem ulubieńcem sędziów, między innymi dlatego, że pokazuję życie prywatne elit naruszając w ten sposób, jakiś uświęcony porządek, ale wiesz co, ciebie nie lubią bardziej. Dlatego myślę, że ja wygram, a ty przegrasz.
On dojadł kaczkę i wytoczył mi proces. Ja poszedłem na trening i dowiedziałem się, że wygrał ze mną w pierwszej instancji. Triumfował. Wysłał mi miły nawet SMS, że to niepotrzebne, i że popełniłem błąd. W koncyliacji pobrzmiewała radość zwycięstwa. Nic dziwnego. Odpowiedziałem „Zaczekaj. Ciebie nie lubią bardziej”.
Po wyroku apelacyjnym zatelefonował do mnie mówiąc mi do słuchawki to swoje rrrr (tak, tak, w tym popularnym wyrazie) dodając: „No, przegrałem, Sławciu”. „Przykro mi” odpowiedziałem kurtuazyjnie, chociaż wcale nie było mi przykro.
Dowody są w sądzie bardzo ważne.
Sławomir Jastrzębowski
