Niektórzy twierdzą, że dziennikarze nie powinni komentować wyroków sądowych. A więc do dzieła.
W ostatnim czasie Stefan Niesiołowski przegrał sprawę sądową z Pawłem Lisickim o naruszenie dóbr osobistych. Sam Niesiołowski w typowym dla siebie kulturalnym, niezniesławiającym stylu wyjaśnił, że porównywanie go przez Lisickiego do „psa łańcuchowego Tuska” jest tym, co kiedyś robili naziści i tak dalej. Pomimo tego przygniatającego swą logiką i trafnością wywodu, sąd uznał, że poseł PO, skoro sam używa „ostrego języka”, to musi się liczyć z tym, że i wobec niego taki język będzie używany. Wyrok - co zrozumiałe - wywołał oburzenie sejmowego króla mowy polskiej, który równocześnie wypomniał mediom, że nie informuje się o jego triumfach, w przypadku innych „lizusowskich” mediów.
I rzeczywiście, warszawski sąd apelacyjny nakazał wydawcy „Faktu” wypłacenie zadośćuczynienia w wysokości 1000 złotych za to, że Łukasz Warzecha określił łódzkiego posła człowiekiem na poziomie „żula spod budki z piwskiem”. Wyjście iście salomonowe w stylu: „niech poseł będzie zadowolony, a i potężne wydawnictwo niezbyt wkurzone”. Mam nadzieję, że wydawca „Faktu” pomimo niskiej dla niego kary, zdecyduje się na skargę do Sądu Najwyższego, a potem ewentualne skierowanie sprawy do Strasburga i sprawdzenie jak wyrok ma się do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantującej między innymi wolność słowa. Szczególnie, że zaraz po wyroku pan poseł poinformował, że wygrał z „lizusem z Faktu”.
Ciekawe w tych wszystkich sprawach jest jednak co innego. Oto w dość podobnych okolicznościach tekst Warzechy uznaje się za zniesławiający, a Lisickiego nie. W jednym sądzie można za to samo zapłacić, w drugim zostać uznanym za człowieka realizującego prawo obywateli do informacji i wolność krytyki prasowej. Rozumiem, że obie sprawy odbywały się na terenie dawnego zaboru rosyjskiego, ale nawet tam wielu sędziów - w przeciwieństwie do urzędników - starało się zachowywać jakiś zawodowy etos. Dlaczego wydawca pisma, do którego pisze Warzecha musi płacić posłowi zadośćuczynienie w sytuacji, w której sądu pierwszej instancji nie zainteresowały nawet te dowody, które w przypadku sprawy Lisickiego zaważyły o werdykcie - czyli przykłady sformułowań jakich Niesiołowski używa w stosunku do swoich adwersarzy? My chyba już nie mamy systemu prawnego, przepisów, linii orzecznictwa, a jakiś sędziów w stylu filmu „Judge Dredd”. - I’m the law! - mawiał w nim Sylwester Stallone i sam decydował kogo zabić, a kto niewinny.
Myślę, że sporym sprawdzianem dla polskich sądów będą procesy wytaczane prasie przez Romana Giertycha w imieniu rodziny premiera Tuska. Czy sądy nie ugną się przed majestatem szefa rządu i jego wpływów? Czy kiedy trzeba będzie, powołają i premiera, i jego syna na świadków? Zobaczymy. Odważny młynarz groził kiedyś pruskiemu królowi Fryderykowi Wielkiemu berlińskimi sądami. Nie wiem czy w Warszawie „są jeszcze sądy”, ale na pewno jest jeszcze paru porządnych sędziów.
Wiktor Świetlik
8 września 2012
