Tyle mówi się we współczesnym świecie pod naszym adresem o konieczności pojednaniu z Żydami, ależ my mamy ramiona otwarte od XIII w. i gotowiśmy kajać się za nasze przeszłe i dzisiejsze przewinienia. Od nich oczekujemy jedynie prawdy i pokory. A otrzymujemy butne kłamstwa i nienawiść.
Efraim Zuroff, nazywany w międzynarodowych kręgach dyplomatycznych „ostatnim łowcą nazistów” (czyli niemieckich zbrodniarzy), niby kontynuator wiekopomnej działalności Wiesenthala, mówi Jędrzejowi Bieleckiemu w dzienniku „Rzeczpospolita” (2 lutego 2018), że „śmierć Żydów cieszyła wielu Polaków”. Można by zapytać, skąd on o tym wie i domagać się podania źródeł tych twierdzeń, jak również żądać zamienienia liczebników nieokreślonych na konkretne, określone. Lecz byłyby to oczekiwanie daremne, bo dzisiaj wszyscy, wyjątków nie znalazłem, oskarżający Polaków, o współudział w niemieckim masowym mordowaniu Żydów używają podobnych liczebników, ogólników i stwierdzeń pozbawionych uzasadnień. Stąd ich oceny i opinie nie mają żadnego znaczenia kulturowego ni politycznego, a wedle zasad logiki są jedynie insynuacjami, z którymi polemika jest niemożliwa, można je tylko demaskować.
Pisałem na naszym portalu, a także piszę w książce „Rzeczpospolita. Duma i wstyd” z 2011 r. o Polakach żydowskiego i nieżydowskiego pochodzenia lżących nasz naród na modłę „ostatniego łowcy nazistów”, o którym powiem zaraz jeszcze nieco więcej.
Najpierw powtórzę z tamtych publikacji najjaskrawsze przykłady obelg pozbawionych faktografii.
Przede wszystkim to, co powiedzieli Paweł Machcewicz i Konstanty Gebert „Gazecie Wyborczej” (18 stycznia 2008 r.), że „w wymordowaniu Żydów Polakom przeszkodziła jedynie pogarda, jaką byli darzeni przez Adolfa Hitlera (…) porównywanie kolaboracji ukraińskiej czy francuskiej z brakiem kolaboracji w Polsce jest jednak o tyle chybione, że to Hitler nie chciał mieć Polaków za swoich kolaborantów. Polska rzeczywiście nie ponosi zorganizowanej odpowiedzialności instytucjonalnej za współudział w Zagładzie Żydów, czego nie można powiedzieć o żadnym innym kraju Europy. Ale byli chętni do udziału w takiej Zagładzie, tylko Hitler wzgardził ich ofertą”. W minionym roku Machcewicz (z tytułem profesora - sic!) był dyrektorem Muzeum II wojny światowej, został odwołany w atmosferze skandalu z piętnem prokuratorskim. Wcześniej w IPN kierował Biurem Edukacji Publicznej. Czy po to, aby wpoić Polakom przekonanie, żeśmy proponowali Hitlerowi pomoc w Zagładzie, jednak Fürher odrzucił tę ofertę, więc mordowaliśmy po amatorsku…?
Krzysztof Masłoń zaś w numerze 6-7 kwietnia 2002 r. przeprowadzając wywiad z węgierskim laureatem Nagrody Nobla, Żydem z pochodzenia, powiadomił rozmówcę, że „...w Polsce mamy do czynienia obecnie, w związku ze sprawą Jedwabnego, z bardzo opornie przyjmowaną przez społeczeństwo ekspiacją za antysemityzm i współudział w zbrodni dokonanej na narodzie żydowskim”. Jest to tak sformułowane, że nie wiadomo, jaka część owego „społeczeństwa polskiego”: duża, mała, a może całe ?– uczestniczyła w zbrodni na „na narodzie żydowskim”.
Opinia Masłonia, jak to dzisiaj jest przyjęte w naszej publicystyce, absolutnie nieukonkretniona, nie wywołała jakiejkolwiek reakcji opinii publicznej. Napisałem list do redakcji. Odpowiedział Masłoń, niejako prywatnie i „umotywował” swą konstatację twierdzeniem, że jej prawdziwość może potwierdzić – dosłownie - jego stryj, który był w AK.
Pomijam naiwność (zuchwałość?) tej argumentacji, niegodnej niepospolitej inteligencji i popularności Masłonia, natomiast zwracam uwagę, że rodzimi wrogowie kultury polskiej (wymieniałem na tym portalu nazwiska niektórych) i znani politycy cudzoziemscy powielają tę kalumnię bez troski o fakty, których albo nie znają, albo z premedytacją przechodzą nad nimi do porządku dziennego.
Toteż aż korci, żeby zapytać: kto na kim się wzoruje - rodzimi degeneraci na cudzoziemcach czy oni na pierwszych? Wszak we wspominanej wypowiedzi Efraima Zuroffa, dyrektora Centrum Wiesenthala w Jerozolimie, jest rozwinięta niemal identyczna obelga Masłonia: „Armia Krajowa zaś, która była ramieniem zbrojnym tego rządu (londyńskiego - J. W.) nie przyjmowała do swych szeregów Żydów, a i w wielu przypadkach Żydów zabijała…”. Owszem, nie przyjmowała, gdyż niewielu Żydów zgłaszało się do jej szeregów, chociażby dlatego iż byli przez Niemców zamykani w gettach lub musieli się ukrywać. A jednak niektórym udawało się być żołnierzami Armii Krajowej, np. w Powstaniu Warszawskim. Czy jest jakieś opracowanie naukowe lub choćby publicystyczne, które ujawnia, konkretnie, ilu Żydów zgłaszało się do konkretnego oddziału AK i zostawało odrzuconych tylko z racji pochodzenia? Dopóki nie ma takiej publikacji, nie wolno pisać o nieprzyjmowaniu Żydów przez to - największe w historii - podziemne wojsko ochotnicze. Chyba, że jest się naukowym bądź publicystycznym kłamcą pozbawionym skrupułów. Po drugie, AK musiała zabijać w samoobronie po wkroczeniu Armii Czerwonej na nasze przedwojenne terytorium, gdzie Żydzi polscy z Rosjanami dopuszczali się zbrodniczych i rabunkowych gwałtów na ludności polskiej, na żołnierzach, a zwłaszcza dowódcach AK. Ta prawda jest powszechnie znana nieskażonej fałszem komunistycznym elicie polskiej. Opracowań na ten temat bez liku. Natomiast dyrektor Centrum Wiesenthala rozgrzesza, powiedziałbym, ekwilibrystycznie Żydów zabijających Polaków: „Ale oni popełniali te zbrodnie jako komuniści, z pewnością nie robili tego w wyniku jakiejś lojalności żydowskiej. Dostawali instrukcje z Moskwy. Kazano im (…) wierzyli w Stalina, nie w Boga” . W takim razie mogli mordować. Żołnierze Armii Krajowej wierzyli w niepodległą Polskę, dlatego zabijali wszystkich jej wrogów zagrażających biologicznie narodowi, bez różnicy - Niemców, Sowietów, Żydów i Polaków wysługujących się okupantom. Takie to było „zabijanie” Żydów przez AK.
Dlaczego od zakończenia II wojny nikt nie mówi głośno i nie pisze, że Delegatura Rządu RP na Kraj (Polskie Państwo Podziemne), reprezentujące rząd londyński, uznawany przez wszystkie państwa niepodległe, oprócz od 1943 r. (po Katyniu) Związku Sowieckiego, utworzyła z inspiracji Zofii Kossak-Szczuckiej-Szatkowskiej, pisarki i działaczki katolickiej w okupowanej Polsce najpierw Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom, przemianowany w Radę Pomocy Żydom „Żegota”? Operacyjnie była podporządkowana Armii Krajowej. Uratowani znajdowali schronienie u chłopów na wsiach, w prywatnych miejskich mieszkaniach i nade wszystko w klasztorach żeńskich i męskich. Prof. UW Michał Głowiński, wybitny teoretyk literatury, autor m. in. książki „Nowomowa po polsku” pod koniec życia wydał wspomnienia („Czarne sezony”) o spędzeniu swych lat chłopięcych w klasztornym ukryciu przed Niemcami z podobnymi doń chłopcami żydowskimi – powtarzam: takie to było „zabijanie” Żydów przez AK z podjudzania Kościoła. Gdzie jest archiwum „Żegoty”? Nasz rząd powinien udostępnić opinii międzynarodowej kopie jej oryginalnych dokumentów. Na pewno są jakieś w IPN, tylko trzeba chcieć zadać sobie nieco trudu, by je odnaleźć i skatalogować. Czas eufemizmów, niedomówień, subtelności i defensywy politycznej się skończył. „Gwałt niech się gwałtem odciska” – brzmią echa sprzed dwóch wieków słów wieszcza. Bronimy honoru, za który nasi przodkowie często oddawali życie, bo w narodowej aksjologii jest na drugim miejscu, zaraz po Bogu.
Angielski historyk Gunnar S. Paulsson napisał książkę „Utajone miasto. Żydzi po aryjskiej stronie .Warszawa 1940-1945” jest przetłumaczona na polski i była wydana w 2008 r. Autor wywodzi, że podczas okupacji Warszawa miała niewiele ponad jeden milion mieszkańców. Ukrywało się w niej około 28 tys. Żydów, w tym 23 tys. uciekinierów z gett (nie tylko warszawskiego). Uciec z getta bez pomocy z zewnątrz było prawie niepodobieństwem. Warszawian pomagających uciekinierom było od 70 do 90 tysięcy; niektórzy, wedle autora, sprzedali nieruchomości, żeby ukrywać ich i żywić. Od 30 do 80 tys. Polaków poniosło śmierć za pomoc udzielaną Żydom. Około 2 proc. to wszelkiego rodzaju degeneraci, którzy tropili ukrywających się Żydów, żeby albo ich denuncjować Niemcom, albo szantażować. Z kolei tych ścigały specjalne oddziały Armii Krajowej wydającej i wykonującej wyroki śmierci na donosicielach i szantażystach.
Tymczasem dyrektor Centrum Wiesenthala w Jerozolimie twierdzi, że „wiele tysięcy Polaków zabijało Żydów, przekazywało ich nazistom. Zatem wielu Polaków odegrało rolę w Holocauście. To jest bardzo dobrze udokumentowane przez godnych szacunku polskich historyków”. Jakich i jak udokumentowane? Prowadzący rozmowę publicysta Jędrzej Bielecki nie pyta o to, a przecież zasady poprawności dziennikarskiej nakazują zadać to pytanie; może Bielecki boi się kompromitacji swego rozmówcy, który mógłby wymienić „godnych szacunku” profesorów Żydowskiego Instytutu Historycznego, takich jak Alinę Całą, Pawła Śpiewaka czy zza oceanu autora „Sąsiadów” - zdolnego paszkwilanta i hochsztaplera publicystycznego. Natomiast Bielecki podpowiada Zuroffowi, iż w Żydowskim Instytucie Historycznym mówi się o 50 tys. zamordowanych (przez Polaków). O tak! Ucieszył się dyrektor centrum Wiesenthala z Jerozolimy: „To brzmi rozsądnie”, tym bardziej że liczba Sprawiedliwych w Yad Vashem to (w domyśle: jedynie) 6, 7 tys. Polaków.
Najwybitniejszy tropiciel zbrodniarzy niemieckich, Szymon Wiesenthal (zmarły w 2005 r.) , niekoniecznie sympatyzujący z nami, o czym zaświadcza jego książka wspomnieniowa „Słonecznik”, przetłumaczona i wydana po polsku, była entuzjastycznie oceniona przez nieżyjącego już arcybiskupa lewicowca (istna perwersja) Józefa Życińskiego. Otóż Wiesenthal skonstatował na falach Radia Wolna Europa 2 stycznia 1989 r.: „nie mogę oskarżać 36 milionów Polaków za tych kilka tysięcy szmalcowników”. Kilka tysięcy! To nawet w liczbach bezwzględnych o wiele mniej niż 2 proc. z rozprawy Brytyjczyka czy tym bardziej owych 50 tys., o jakich „mówi się” w ŻIIH, instytucji o statusie bądź co bądź naukowym. Nb. zasługą Szymona Wiesenthala jest i to, że ścigał również zbrodniarzy żydowskich mordujących Żydów w różnych okolicznościach i z różnych powodów, najczęściej ze strachu przed śmiercią czy dla kariery z rozkazu NKWD lub UB.
Zachód dowiedział się już ponad wszelką wątpliwość o zbrodniach niemieckich na żydach, kiedy emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego Jan Karski w roku 1942 przywiózł wstrząsające dokumenty. Szewach Weiss w swym „Alfabecie” przywołuje rozmowę z Karskim, który opowiadał mu, jak Roosevelta niecierpliwiły informacje o eksterminacji Żydów w okupowanej Polsce i wreszcie zapytał, czy w Polsce nadal jeżdżą furmanki… Churchilla także nużyły relacje Karskiego. Jeśli to, co pisze Weiss jest prawdą, a nie mamy podstaw, by mu nie wierzyć, to znaczy, że obwinianie naszego narodu za zbrodnie na Starszych Braciach jest kłamstwem wyrafinowanym. Kłamstwo publiczne wypowiedziane, obojętne przez kogo: przez profesora czy sprzątaczkę, jest zaś obrazą tych, których (czego) dotyczy.
Szewach Weiss jest syjonistą w najlepszym tego słowa znaczeniu, politykiem, patriotą izraelskim i polskim. Nasz kraj zna jak swą ojczyznę, był wykładowcą w Uniwersytecie Warszawskim, a wcześniej ambasadorem Izraela. Napisał w dzienniku „Rzeczpospolitta” ”( 2- 3 maja 2009 roku) i powiedział studentom politologii Uniwersytetu Warszawskiego: „Nasz (izraelski - J. W.) parlamentaryzm i ukształtowana przez kulturę polską wierność idei demokracji zawdzięczamy Polsce i jej republikańskim tradycjom. Druga Rzeczpospolita wykształciła politycznie nie tylko elity narodu polskiego, ale również żydowskiego. Polscy Żydzi mieli w międzywojennej Polsce swoje prężnie działające partie - od religijnych przez syjonistyczno-prawicowe po socjalistyczne – brali udział w wyborach, zasiadali w Sejmie i lokalnych parlamentach. Mogli poznać ten system rządów”. Izrael, po tysiącleciach niebytu uzyskał w 1948 r. podmiotowość państwową dzięki syjonistom i nade wszystko Żydom polskim, oficerom armii polskiej, którą Andres niczym Mojżesz przyprowadził z domu niewoli do Ziemi Obiecanej i oni tam, w pradawnej swej ojczyźnie, pozostali za cichym jego przyzwoleniem. Już u zarania musieli staczać wiele bitew z państwami muzułmańskimi i zmagali się dyplomatycznie z Zachodem, bo świat przyzwyczaił się do nieistnienia państwa żydowskiego. Wygrali wszystkie batalie. W działaniach militarnych wykorzystywali umiejętności zdobyte przed wojną w wojsku polskim, a w dyplomacji te, o jakich napisał Szewach Weiss. Kończy on swe eksplikacje stwierdziwszy, że pamięć o statusie obywateli żydowskich w odrodzonej Rzeczypospolitej jest żywa w wielu kręgach izraelskiej elity żydowskiej.
Nie! Nie jest - była żywa. Dzisiejszy Izrael i współcześni Żydzi to, z małymi wyjątkami to zupełnie inny kraj i inni ludzie, niż kiedy tworzyli państwo przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych Żydzi polscy. Teraz, A.D. 2017 i 2018, premier Netanjahu i znaczna część deputowanych z Knesetu zelżyła nasz naród i nasze państwo. Znaleźli od razu popleczników u swych rodakach ze Stanów Zjednoczonych. Oni od dawna występują przeciw nam otaczając się powagą najwyższych instancji rządowych Ameryki. Dla Żydów tu, w Izraelu i tam, w USA, znów pojawiła się znakomita koniunktura rozbudzająca nadzieję, że może Polska nareszcie sypnie miliardami za siedziby przedwojennych instytucji żydowskich – „przemysł Holocaust” jak widać, przeżywa niezmiennie prosperity. Może jednak Izrael moralnie się odrodzi, skoro jest tam jeden sprawiedliwy…
Dzisiejsi Izraelici nie chcą pamiętać, komu zawdzięczają swe państwo, które kochają; chcę wierzyć, że tak bezinteresownie i żarliwie jak my Polskę, patriotyzm jest bowiem tylko wtedy wartością duchową, gdy szanuje miłość innych do swych ojczyzn. A to, co czynią Starsi Bracia, zarzucając nam udział w masowym niemieckim mordowaniu ich przodków jest podłością, jest zdradą naszych wspólnych ideałów, któreśmy tworzyli dla wspólnego dobra przez prawe dziewięć wieków wspólnej historii, gorzej - jest przejawem czarnej niewdzięczności; widocznie w duszach elity żydowskiej tkwią od tysiącleci skłonności do nienawidzenia tych, którzy dobrze im czynią. „Ile musiałem sprawić ci dobra, że tak mnie nienawidzisz” - to powiedzenie jest bodaj kwintesencją starożydowskiej mądrości.
A w ogóle to wara od naszej polityki wewnętrznej! To, co się stało teraz, jest polityczno-historycznym horrendum…
Jacek Wegner
