Jeśli kapuś, szpion, doradca przynosi mi wieści, które i tak sam znam, lub mówi mi w ucho to, co jego zdaniem chciałbym usłyszeć – na diabła mi taki koleś lub kolesiówa!
Onegdaj królewski błazen bez przerwy balansował na cienkiej linie. Walił we władcę ostro i bez litości. Ale mądry król tolerował ten jedyny bezczelnie krytyczny głos. Owszem, bywało, że w końcu ukatrupił trefnisia. No, cóż – ryzyko zawodowe. Ale ile dobrego np. taki Stańczyk dzięki swej mądrości i odwadze uczynił!
Być może teraz – skoro dookoła pełno błaznów – wodzowie słuchają tylko pochlebców, którzy prześcigają się w zachwytach. Kurdupel w relacjach schlebiaczy jest wielkoludem, a znerwicowany leniuszek – pracoholikiem z autorytetem! Nieprawda! Jak jest nawet ślepy, to widzi, a głuchy słyszy. Bo chociaż wystraszone media kłapią w myśl dyrektyw dysponentów (jedni są pod presją właścicieli, a drudzy – partii), to przynajmniej dzięki mnogości środków przekazu można sobie wypośrodkować pogląd.
Dzięki i za to rewolucjo czerwcowa z ’89 roku. Resztę nadziei zniweczono.
Rodzi się teraz z mozołem dziennikarstwo prawdziwe. Oddolne. Wszędzie tam, gdzie tworzą je ludzie niegodzący się na zakłamanie, sterowanie i tchórzostwo – jest nadzieja, że lud Boży przestanie słuchać i oglądać dyspozycyjnych, a zacznie w coraz większym stopniu wybierać wiadomości nie tyle dobre, co prawdziwe.
Kraj jest naprawdę wielki i wzdłuż i wszerz. W końcu przetną go prawdziwe drogi i będzie łatwo dojechać. Lud wstał już z kolan. I choć bardzo powoli, to całą wielką, prawie owalną płaszczyznę kraju podnosi do góry. I to nawet wbrew rządzącym, którzy psują i hamują. Balast ciągle rozwijającej się biurokracji, kłótnie w rodzinie i zaślepiająca nienawiść – już nie zahamują tego procesu. Niestety, jednak opóźnią. Opóźnienia nadganiają spontaniczne, społeczne akcje ludzi dobrej woli, wolontariuszy i w ogóle obywateli mądrych i patrzących dalej niż czubek własnego nosa.
Wielkie znaczenie mogłyby mieć lokalne ośrodki telewizyjne i radiowe. Niestety, o ile radio - jako środek tańszy - rozwija się w różnorodnej formie, to telewizje regionalne, lokalne, terenowe – jak je tam zwał – są centralnie trzymane na uwięzi dyktatu totalnego i ograniczeń czasu emisji.
To w Warszawie, na Woronicza decyduje się o istnieniu lokalnych telewizji. Gdy przed laty przydzielano częstotliwości - tzw. program trzeci to były właśnie terenowe ośrodki telewizyjne. Tamte ustalenia ważne są przecież nadal z punktu widzenia prawnego, ponieważ obowiązuje cięgle ta sama ustawa medialna, a nie wewnętrzne ustalenia TVP. Zatem tak być nie może. „Woronicza” nie daje a żąda. Czas anteny ograniczono do ok. 3 godzin dziennie. Nie dopuszcza się do współfinansowania ośrodków z pieniędzy samorządowych, bo to jakby automatycznie miałoby zagrażać ich niezależności. A tak, to niby ta niezależność jest? Nie ma! I widać to codziennie na ekranie. I w programach centralnych, i w lokalnych.
Współfinansowanie programu ośrodków poprzez pieniądze samorządowe wcale nie musi prowadzić do ich ubezwłasnowolnienia na rzecz lokalnych kacyków lub partii. To zależy od ludzi, którzy zostaliby postawieni na czele takich ośrodków. Władza miejscowa płaciłaby przede wszystkim za całą tę użyteczną strefę przekazu dotyczącą: handlu, transportu, bezpieczeństwa. Można by współpracować w tych tematach z sektorem prywatnym. Jest potencjał reklamowy, są środowiska twórcze. Lokalne źródła finansowania nie są wykorzystane.
Polityk może pojawiać się w studio, ale tylko po to by odpowiadać na pytania mądrego, przygotowanego i niezależnego dziennikarza. Taka telewizja jest możliwa. Ale najpierw szef dziennikarza prowadzącego wywiad musi być wybrany nie polityczną decyzją (bo stąd późniejsza służalczość), ale dzięki programowi, który przedstawi. Władza powinna przypaść najlepszemu. A wszystko należałoby pokazać w czasie otwartego, transmitowanego przez telewizję konkursu. Proste? Jak drut!
Stefan Truszczyński
17 września 2012
