Doroczna konwencja torysów w robotniczym Manchesterze za nami. Niezwykła w podobnych sytuacjach atmosfera ciszy i wyczekiwania. Żadnych buńczucznych haseł, okrzyków entuzjazmu, triumfalizmu. A brytyjskie media – także konserwatywne – krytykują Theresę May, dając do zrozumienia, że 1/ konferencja nie pomogła jej wzmocnić swojej bardzo słabej pozycji, 2/ a i sam przebieg spotkania wywołał raczej irytację opozycji i kolegów partyjnych, niż chęć wyciągnięcia do premier pomocnej dłoni. „Nie może być tak, że jedynym uczuciem, które żywimy do naszego lidera, jest współczucie” – cytował jakiegoś posła „Daily Telegraph”. Ano właśnie. Kryzys przywództwa trwa, w istocie się nasila, i wydaje złe owoce – pogarszająca się reputacja Conservative Party i rosnąca irytacja zwolenników Brexitu, w gabinecie rządowym, parlamencie i samym elektoracie. A przecież wkrótce – prawdziwe negocjacje z Unią, która do tej pory nie uzyskała od Londynu warunków bazowych przyszłych rozmów. Entuzjaści Brexitu nadal nie wiedzą, kiedy skończą się rządy despotii z Brukseli i jurysdykcja obu Europejskich Trybunałów, Sprawiedliwości i Praw Człowieka, Polacy mieszkający na Wyspach czy nie utracą swoich praw nabytych przed ubiegłorocznym referendum, jedni przedsiębiorcy zagraniczni zastanawiają się czy nadal inwestować Wielkiej Brytanii, a drudzy czy przypadkiem nie relokować swoich siedzib do któregoś z pozostałych 27 państwa Unii?
Codziennie docierają do nas dziwne informacje – a to, że premier May powołała do życia nowe ciało doradcze ds. Brexitu, którego organizacją ma się zająć Oliver Robbins, choć wiadomo, że szef tegoż DexUC minister David Davis wciąż boryka się z niedostatkami kadrowymi. To znów, że Londyn – choć solennie obiecuje, że będzie respektował swoje zobowiązania finansowe do 2019 roku - broni się przed niezwykle, trzeba przyznać, wysokimi płatnościami emerytalnymi dla byłych eurokratów. I że obóz zwolenników twardego Brexitu nakłania Theresę May, aby opuścić Unię bez tego porozumienia. Między ministrem finansów Philipem Hammondem a szefem dyplomacji Borisem Johnsonem od kilku tygodni ciągnie się spór o formułę Brexitu, twardy czy miękki. I chyba przybiera na sile, bo Johnson powtarza, że „rozwód z Unią, to dla Brytyjczyków bardzo dobre wyjście” i należy „realnie spojrzeć na korzyści z tego wynikające”, a Hammond ostrzega Johnsona, że „nie ma ministrów niezastąpionych”. A inny wyznawca twardego Brexitu Iain Duncan Smith napomina premier May, aby „pokazała, że potrafi przeprowadzić partię przez ten trudny okres, najtrudniejszy w historii powojennej Wielkiej Brytanii”. Jakie nastroje panują w szeregach torysów – konserwatystów, mówi tytuł świetnego artykułu Williama Haque’a, kiedyś namaszczonego przez premier Thatcher na jej zastępcę, w The Daily Telegraph, pt. ”Partia konserwatywna musi sięgnąć po rozwiązania radykalne, musi się zresetować”. W domyśle – po poprzednim przeformułowaniu programu torysów w lewo, w stronę „modern compassionate conservatism”. Jeśli to się nie stanie – twierdzi - i to w niedługim czasie, Wielkiej Brytanii grożą laburzyści – marksiści: welfare state czyli powrót do państwa opiekuńczego, command economy, a więc gospodarka odgórnie sterowana, niesłychanie droga re-nacjonalizacja brytyjskich kolei, wody i gazu, podwyżka podatków i chaotyczne trwonienie pieniędzy budżetowych na lewicowe szaleństwa.
Podczas dorocznej konwencji torysów jedyną debatę z przeciwnikiem, a dokładnie z „ulicą”, podjął kandydat na przyszłego lidera partii, tradycjonalista Jacob Rees – Mogg. Kiedy lewicowi protestanci przebili się jakoś przez kordon ochrony i wtargnęli na salę obrad z okrzykami „Tories out!”, „torysi – wynocha!”, tylko Rees-Mogg podjął z nimi dyskusję. Nastąpiło zderzenie cywilizowanych zachowań publicznych najstarszej demokracji świata z językiem brytyjskiej „opozycji totalnej”. „Hello – powitał ich spokojnie konserwatysta – o co chcieliby mnie panowie zapytać?” Tamci zbaranieli. Ale jeden podjął rękawicę. „Nie jesteś tu dobrze widziany, wynocha!” – krzyknął. Na to Rees-Mogg: ”Ale w którym miejscu pan się ze mną nie zgadza?” – zapytał. „We wszystkich” – padła odpowiedź, dokładnie jak na wiecach polskiej „opozycji totalnej” czy, pożal się Boże, dyskusjach TV z członkami PO czy Nowoczesnej. „Może trochę konkretniej?” – nalegał konserwatysta. „Prawa do aborcji, prawa dla kobiet, zubożenie ludzi, wszystko. Jesteś okropnym człowiekiem!” – zademonstrował swój program polityczny przedstawiciel brytyjskiej „ulicy”. „Hm. Istotnie, możemy nie zgadzać się w paru sprawach, ale to że się pan z kimś nie zgadza, nie czyni go jeszcze >okropnym człowiekiem<. To są dwie różne sprawy” – ciągnął cierpliwie Rees-Mogg. Protestant wytrzeszczył oczy, uprzejmość posła wyraźnie go rozwścieczyła. „Rujnujecie ludziom życie!” – wypalił wreszcie, równie ogólnie, co w pierwszej rundzie. Na to torys: ”Zupełnie się z tym nie zgadzam. Mamy najniższy poziom bezrobocia od lat 70. A to, historycznie, jest najlepsza droga do wyjścia z biedy”. Protestant poczerwieniał: ”To nieprawda! To podłe kłamstwo! Jesteś okropnym człowiekiem!” – powtórzył znowu swój „argument”. „Spróbujmy zostawić na boku, jakim jestem człowiekiem. Najważniejsze jest rozmawiać, wymieniać argumenty. Ale myślę, że publiczność w tej sali chciałaby jednak kontynuować obrady”. „Mam to gdzieś!” – krzyknął lewak. – Wszyscy tu mają takie same poglądy jak ty!” „Miło było spotkać pana” – zakończył Rees-Mogg i grupa manifestantów, mamrocąc coś pod nosem, została wyprowadzona z sali. A widownia zatrzęsła się od oklasków. Rees-Mogg poprawił krawat i powrócił na miejsce, jakby nic się nie stało.
To był show w starym, dobrym torysowskim stylu. Ostatnie miały miejsce w roku 1990, przed odejściem premier Thatcher, która była dobra w tych politycznych spektaklach. Ale kryzys przywództwa, to zarazem kryzys programu, dialogu ze społeczeństwem, z jednej strony słuchania , lecz z drugiej przekonywania o konieczności przeprowadzenia korzystnych zmian. To przedstawienie, to także sygnał dla polityków z naszego obozu Dobrej Zmiany, że nie są w biciu głową o ścianę i próbach rzeczowej debaty z lewicową „ulicą”, osamotnieni. Brak programu, ignorancja, nieznajomość funkcjonowania państwa i demokracji, agresja, to nie tylko cecha polskiej „opozycji totalnej”. Brytyjczycy też mają swoją.
Elżbieta Królikowska-Avis
8 października 2017
