Do czynności najpilniejszych i działań trudnych, wymagających wielkiej mądrości i odważnego patriotyzmu, żeby Polska była na powrót Polską, należy przygotowanie konstytucji, która by stworzyła nową Rzeczpospolitą, mądrą, piękną, sprawiedliwą, silną i żebyśmy mogli jak nasi antenaci z XVI i XVII w. nazywać ją Matką. Do przygotowania konstytucji potrzeba mądrych polityków – takich, jacy objawili się za oceanem w latach siedemdziesiątych XVIII w. i w Rzeczypospolitej Obojga Narodów w pierwszym roku ostatniego dziesięciolecia tegoż stulecia… Wzorce mamy przeto pod ręką, w bibliotekach.
Jerzy Sadurski oskarża lidera PiS („Rzeczpospolita” 29 listopada 2016), że dąży do zawładnięcia Polską, więcej: do przeobrażenia jej w państwo totalitarne pod swą wyłączną władzą. Toteż przestrzega przed autokratyczną Konstytucją Kwietniowej z 1935 r. Sadurski jednak nie wie, że owa „autokratyczna” konstytucja ocaliła ciągłość państwa polskiego, legitymizowała bowiem utworzenie samoistnego rządu RP na wychodźstwie, uznawanego przez wiele państw. Piłsudski podpisał ją dlatego, żeby uśmierzyć rozwydrzoną demokrację, ustabilizować rządzenie państwem i właśnie w poczucie nieomal profetycznym na wszelki wypadek, gdyby Polska postradała suwerenną władzę nad swym terytorium. Z dwóch pierwszych powodów podobna konstytucja byłaby dziś zbawienna. Jednak Kaczyński opieszale dąży, przynajmniej na razie, do rozpoczęcia prac nad jej uchwaleniem. Za to Kuzkiz15, jego kapryśny ni to koalicjant, ni to jawny opozycjonista, się niecierpliwi, głosi pilną potrzebę tego dokonania. I chwała mu. Prezydent też jest za, nawet wymyślił sposób na jej „demokratyczne” uchwalenie (już?!) w przyszłym roku.
Pomysł prezydencki referendum konstytucyjnego jest jednak nieracjonalny. Mniemam, że opozycja nie krytykuje tego zamierzenia, bo spodziewa się zdyskontować spodziewane fiasko jego materializacji.
O ile wiem, w żadnym kraju naszej cywilizacji konstytucje nie powstawały w wyniku referendum, owszem bywały przyjmowane w takiej formule, lecz nie tak tworzone. Tworzą ją bowiem w mozole najwybitniejsi umysłowo i moralnie reprezentanci wszystkich państwowych ugrupowań politycznych. Wszelako, zdaje mi się, że rozumiem intencje i imperatyw prezydenta, żeby konstytucja była skutkiem „woli ludu”, wyrażonej w bezpośrednim głosowania, niczym dawne elekcje królów w naszej demokracji szlacheckiej... Prezydent obawia się chyba, że niemożliwie jest znalezienie modus vivendi wśród polityków opozycji, którzy by godnie, mądrze i u c z c i w i e uczestniczyli w wielomiesięcznym dyskursie nad zapisami nowej ustawy zasadniczej.
W najgorszym jednak wariancie prezydent powinien podać pod bezpośrednie głosowanie chociażby jakiś konkretny projekt, chociażby zarys projektu, projekt „brudnopisowy”, „projekt projektu”. Pytania w referendum o kształt i zawartość ustawy zasadniczej stworzyłyby sytuację polityczną raczej niepoważną, wywoływałyby destabilizację państwa, za to generowałyby niemałe wydatki budżetowe, a w końcu mocno nadwyrężyłyby autorytet prezydenta i partii rządzącej, bo to ona niby dąży (opieszale!) do zmiany konstytucji, ponieważ w obecnej za dużo jest pozostałości po minionej Polski ludowej i „okrągłostołowej”. Summa summarum skutki z takiego referendum szłyby na konta opozycji i rodzimej, i unijnej, niemniej podłej.
Jest jeszcze jeden sposób uchwalania (nie redagowania) ustawy zasadniczej - zamach stanu. W takich okolicznościach została przecież przyjęta pierwsza nasza i europejska Konstytucja Trzeciomajowa. Ale dzisiaj PiS jest za słaby i brak mu polityków tak przebiegłych, jak Hugo Kołłątaj, tak mądrych jak Ignacy Potocki, by narzucić krajowi gotową ustawę zasadniczą. Poza tym kto miałby ją opracować skrycie, bez wiedzy opozycji, jak Majową? Adolf Bocheński (1909-1944) wybitny publicysta Dwudziestolecia napisał, że „materiał ludzki, którym Rzeczpospolita dziś rozporządza, jest tak beznadziejnie słaby, mózgi polityczne tak miałkie i chaotyczne, że można naprawdę wątpić w powodzenie wysiłków nad normalizacją stosunków między państwem a mniejszością ukraińską”. Wystarczy tu po „wysiłków nad” zmienić słowa na: „opracowanie i ogłoszeniem nowej konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej” – i mamy arcytrafną diagnozę nas samych i zarazem wyjaśnienie przyczyn borykania się z ustawą zasadniczą odpowiadającą naszej współczesnej kondycji narodowo-państwowej i - co najważniejsze - aspiracjom elity par excellence. Dodaję tu złośliwie: elity bez cudzysłowu. Albowiem Jacek Kleczkowski w rozprawce „III RP – państwo nieprzemyślane” (praca zbiorowa: „Rzeczpospolita 1989-2009”, opublikowana w 2009 r.) doszedł do wniosku, że „Narodziny polskiej demokracji dokonały się w okolicznościach wybitnie niedemokratycznych. Wolę społeczeństwa respektowano, o ile nie godziła w interesy biznesowe i ideowe «elit» uzurpujących sobie – rzadko kiedy otwarcie - prawo do wyłącznego decydowania o losie państwa”. W efekcie nasze rządy powstają i sprawują władzę wskutek niezrozumiałych dla większości społeczeństwa rozgrywek personalnych.
Nowa konstytucja, w najgorszym razie jej konkretny, precyzyjny projekt, powinna, po pierwsze, powstać jak najszybciej i przede wszystkim uregulować dwie kwestie ciążące niczym kula u nogi polityce wewnętrznej. Tak ustanowić ordynację wyborczą, żeby Polacy niezrzeszeni w partiach mieli również możność wybierania swych przedstawicieli nienależących do ugrupowań partyjnych. Po wtóre - jasno określić ustrój państwa: prezydencki z ograniczonymi (konkretnymi, obwarowanymi treścią artykułów konstytucyjnych) możliwościami dyktatorskimi lub ustrój parlamentarno-gabinetowy, podobny do dzisiejszego, którego przed wynaturzeniami, rozwydrzeniem sejmowym albo nieudolnością posłów ratowałby prezydent mający bezwzględne prawo rozwiązywania obu Izb lub - zależnie od okoliczności - tylko Niższej i rozpisywania nowych wyborów. Premiera wybierałoby Zgromadzenie Narodowe z kilku kandydatów zgłoszonych przez prezydenta. A jego wybór byłby tak jak dzisiaj powszechny. Naszych dziadów i pradziadów z Dwudziestoleci straszył upiór wolnej elekcji, dlatego wybierali prezydentów przez Zgromadzenie Narodowe. Wiadomo, jakie wynikały z tego perturbacje.
Rządzący po czerwcu 2015 r. Polską uczciwą nadal nie dostrzegają konieczności oddzielania mandatów poselskich od stanowisk urzędników najwyższych instancji państwowych. Jest to niewątpliwie obciążenie po Polsce ludowej, w której najwyżsi dygnitarze PZPR, Stronnictwa Demokratycznego, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stowarzyszenia PAX byli - niejako z mocy doktryny politycznej - posłami na sejm (senatu nie było), a wszystkim de facto rządziła partia pod szyldem sejmu i rządu; ona faktycznie wydawała ustawy, uchwały, rozporządzenia, dekrety. Luminarze partyjno-sejmowo-rządowi mawiali butnie, że rząd rządzi, a partia kieruje, steruje państwem...
Dzisiaj aż taka patologia jest nie do pomyślenia, a jednak jej odmiana w innej postaci trwa w najlepsze. Parlamentarzyści rozdają sobie urzędy państwowe, lecz nie jak ważne i trudne powinności do spełnienia - a jak synekury. Wielu posłów partii rządzących jest niejako z definicji ministrami czy szefami wysokiego urzędu państwowego, np. Najwyższej Izby Kontroli czy Rady Mediów Narodowych, która, nawiasem mówiąc, po ponad dwóch latach od powołania nic nie zrobiła ważnego, nie uchwaliła nawet rozsądnej opłaty za korzystanie z tzw. mediów narodowych; niedługo więc przestaną być narodowe, a staną się „biznesowe” czerpiące konieczne fundusze wyłącznie z reklam… I interes narodowy zostanie podporządkowany biznesowemu. Co wtedy z Radą Mediów Narodowych? Czy nowa konstytucja skodyfikuje zasady jej skutecznego i mądrego działania? A może nie potrzeba do tego aż konstytucji, wystarczy jedynie wymienić jej skład osobowy lub – najlepiej – zlikwidować to zbędne ciało żywiące się naszymi podatkami.
A na nową konstytucję RP czeka niecierpliwie świadome siebie społeczeństwo, czeka elita bez cudzysłowu Kleczkowskiego…
Jacek Wegner
