78 lat temu,  we wrześniu 1939 r., Polska nie tylko zmagała się z Niemcami. Zdradziecko została zaatakowana od wschodu przez Stalina. Tego samego, któremu przypisuje się słowa „Związek  Radziecki zawsze  dotrzymuje  słowa, chyba ,że  zachodzą wyjątkowe  okoliczności”.  Nasi  kochani  starożytni  Rzymianie ze  swą  zasadą  „Pacta  sunt  servanda”  zapewne przewracali się  w  grobach widząc na jakiej praktyce opierała się  powyższa  zasada.  Niedawno w St. Albans  pod Londynem  prowadziłem  dyskusję z Adamem moim  angielskim przyjacielem.  Dla  niego  było  oczywiste, że  Anglicy nie  dotrzymali  warunków  traktatu  sojuszniczego  zawartego  25  sierpnia 1939 r.  A  traktat  ów  rozwijał wcześniejsze, jednostronne gwarancje brytyjskie z  31  marca oraz  gwarancje  dwustronne w protokole podpisanym 6 kwietnia  1939 r. w trakcie  wizyty w Londynie  ministra  spraw  zagranicznych  RP  Józefa  Becka z  jego brytyjskim odpowiednikiem lordem  Halifaxem.

Mój  Anglik powołując  się  na  wyznawaną  przez nich  zasadę, iż  są i pozostają  „insular”-wyspiarscy twierdził, że  było  oczywiste, że w  momencie podpisywania traktatu wiedzieli  doskonale ,że  nic nie mogą  zrobić.  I  następstwem  tego  była  „dziwna wojna”,  która  mimo  wypowiedzenia wojny  hitlerowskim Niemcom, wojną  nigdy nie  była.

Adam  tłumaczył: od  zawsze  byliśmy  narodem,  który  troszczył się o swoją flotę i  lotnictwo.  Wojska lądowe  były  najsłabsze.  To  jak  mieliśmy  Wam Polakom  pomóc na kontynencie,  gdzie głównie chodziło  właśnie  o  wykazanie się skutecznością  wojsk lądowych.  Poza  tym  nikt  w  odpowiednio  długim czasie  w  Wlk.  Brytanii nie  zadbał o    rozwój  tychże  sił  lądowych,  gdyż prawie wszyscy  wyznawali  „appeasement”,  powstrzymywanie się  jak najdalej od  wojny.  Gdy  uwzględni się  jakie  główne  europejskie potęgi  poniosły  wysokie  straty podczas  I  wojny światowej idące w miliony  żołnierzy, to  pragnienie  pokoju prawie za wszelką  cenę,  którą  wyznawał  Chamberlain wydaje się  w  pełni zrozumiałe.

Argumentowałem: ale  przecież  Polska  walczyła i  została  zostawiona  sama  sobie. Sojusznicy,  nawet  jeżeli  chcieli  nimi  być  to  i  tak nie okazali żadnego  wsparcia.

Natomiast mój  angielski  przyjaciel wiedział o  tym, że  wspomniany traktat  składał się z  tekstu  zasadniczego  oraz tajnego protokołu  wyjaśniającego  jego pełny  kontekst.  Przewidywał  wzajemną,  wspierającą  się  pomoc wobec agresji nie  wymienionego „europejskiego mocarstwa”.  Tajny  aneks  precyzował, że chodzi  wyłącznie o Niemcy.

By  traktat  nie  został  wymówiony lub  co  gorsza  zerwany Polska nie mogła wypowiedzieć wojny  drugiemu  krajowi pod  rygorem, że  Anglicy  mogliby  wtedy wypowiedzieć traktat, a  tym samym nie  byłoby kraju w Europie w  którym Polska miałaby  traktat gwarantujący  jej  suwerenność.  Dlatego  Marszałek Rydz-Śmigły  wydał  rozkaz  17  września  1939  r. „Z  Sowietami nie walczyć...”,  by  przede wszystkim nie dać pretekstu do rozwiązania  tego traktatu przez Brytyjczyków. Bitwy nie tylko rozgrywają się na miejscach walk. Częściej wstępem do nich są  zapisy dokonywane przy stole.  Brytyjczycy tak kombinowali by  wspomniane wyżej umowy z Polską nie  obejmowały  walk Polaków z  dwoma wrogami. Już wtedy w 1939 r. wiedzieli, że Związek Radziecki może być im później potrzebny.

Potwierdza  to w swojej wydanej kilka lat temu w Polsce książce  „Europa walczy  1939-1945, Nie takie proste zwycięstwo" Norman Davis,  cytując  między  innymi  zapisy  wymienionego  wyżej traktatu.

A jak pisze Tadeusz Płużański, „tak wydany rozkaz miał dalekosiężne skutki. Nie tylko nie wzywał do oporu przeciwko najeźdźcy, ale w praktyce usankcjonował sowiecką agresję. Rozkaz ten ograniczył również późniejsze działania polskich władz. Gdyby Rzeczpospolita była od 17 września w stanie wojny ze Związkiem Sowieckim, to po agresji Hitlera na swojego byłego sojusznika 22 czerwca 1941 r., rozmowy polsko-sowieckie musiałyby dotyczyć układu pokojowego. Dopiero potem można byłoby formułować koncepcje współpracy i działań sojuszniczych. Układ pokojowy wtedy zawarty (Hitler maszerował już na Moskwę) musiałby jednoznacznie odrzucić aneksje terytorialne Rosji z 1939 r., a nie – jak w układzie Sikorski-Majski (30 czerwca 1941 r.) – zawierać mgliste sformułowanie: „Rząd ZSRR uznaje, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 r., dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swoją moc”. W zaistniałej sytuacji polski rząd nie mógł jednak wymóc na Stalinie, aby potępił zdradziecki najazd i zrezygnował z pretensji do naszych ziem”.

Stanisław Cat-Mackiewicz w zbiorze felietonów „Zielone oczy” (cytowany przez Lecha Wyszczelskiego „Tajna gra mocarstw wiosna lato 1939”) tak to skomentował: „Gwarancje brytyjskie nie  były żadną gwarancją naszej niepodległości. Anglia nie tylko chciała, aby Polska poszła na pierwszy ogień wojny z Niemcami, ale chciała jeszcze, aby Polska w tej wojnie była możliwie bezbronna, aby możliwie prędko tę  wojnę przegrała”.

I dalej Tadeusz Płużański pisze:

„Niezależnie od oceny Władysława Sikorskiego i sposobu przejęcia przez niego władzy, gabinet, którym kierował, był w pełni legalnym reprezentantem polskich interesów wobec państw sojuszniczych i całego świata. Umożliwiła to właśnie decyzja władz II RP i naczelnego wodza Edwarda Śmigłego-Rydza o opuszczeniu kraju 18 września 1939 r. o 4 rano. Rząd londyński, nie wchodząc tu w spory o jego rolę, przez 50 lat stał jednoznacznie na straży niepodległości Polski, podważając układy jałtańskie, a w 1990 r. przekazał insygnia władzy prezydentowi Lechowi Wałęsie. Dzięki „sanacyjnej klice” ciągłość państwa – choć przede wszystkim w warstwie symbolicznej – została zachowana”.

Adam podkreślał, że później  rząd  brytyjski też  zachowywał się  dziwnie  nie  zapraszając  polskich  żołnierzy na  paradę  zwycięstwa  w Londynie w  czerwcu  1946  r. z  obawy  przed  reakcją Stalina. A  kto jak nie  my pomógł im w  Bitwie  o Wielką  Brytanię w  1940  r.  Trzydzieści  lat  później w  1976  r.  rząd  brytyjski także  oponował  przeciwko  odsłonięciu  pomnika na cmentarzu Gunnesbury w   południowo-zachodnim Londynie na którym  był  jedyne  napis  „KATYN  1940”.  Gdzie sama  data  wskazywała , kto  był  sprawcą  mordu w Katyniu, już  wtedy w  latach  siedemdziesiątych.

Jill żona  Adama  potwierdziła, że znają  ten  cmentarz  i  widzieli pomnik i znają  jego  wymowę.  Niewątpliwie  brytyjczycy nie  pomogli nam w  1939  r. nie  dotrzymując  podpisanych traktatów.  Dobrze, że  chociaż  na ich  ziemi są  tak ważne  dla nas  pomniki.  I  zwykły  angielski śmiertelnik wie  dlaczego je  postawiono z  dala  od  ojczyzny polskich żołnierzy.

 

Andrzej  Dramiński










 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl