Czy zachowanie Jarosława Kaczyńskiego na posiedzeniu sejmowym z 18 na 19 lipca 2017r., kiedy zelżył posłów PO („Nie wycierajcie sobie waszych mord zdradzieckich nazwiskiem mojego śp Brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami”), nie zaprzecza regułom dyplomacji?
Od początku prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego jego przeciwnicy, których prezes PiS nazwał teraz w Sejmie kanaliami, obrażali go słowami, jakie nigdy wcześniej w naszej historii i wielkiej, i żałosnej politycy publicznie nie wypowiadali; nawet Piłsudski tak się nie odnosił do swoich przeciwników zarzucających mu zdradę i okradających państwo. Ba – nawet, wstyd napisać, towarzysze z wysokich szczebli PZPR, gdzie też było nadmiernie dużo wewnętrznych wilczych walk o padlinę i nienawiści do nieposłusznego społeczeństwa, nie wypowiadali publicznie słów obelżywych. Pamiętamy, jakeśmy byli oburzeni, kiedy Gomułka z ław poselskich czy fotela w KC PZPR nazwał Janusza Szpotańskiego „człowiekiem o mentalności alfonsa.
Nikt wtedy nie przypuszczał, że w Polsce niby wyzwolonej od barbarzyńskiej Rosji sowieckiej politycy z partii zwanej Platformą Obywatelską i jej usłużni dziennikarze w obrażaniu pamięci śp. prezydenta unurzają się w szambie, gdzie będą zapisywać rynsztokowe „dowcipy” w rodzaju: „Kuchnia katyńska: przepis na kaczkę po Smoleńsku zapiekaną w samolocie” albo: „Lech Aleksander «Orzeł Wylądował» Kaczyński przed śmiercią wołał: Lecęęęęęęęęę!”. Czy: „Nadęty prezydent zginął z PiS-owską hołotą, bo rozkazał lądować”. (Przytaczam za: Sławomir Kmiecik, Przemysł pogardy. 2013)
Akcja równa się reakcji. To zrozumiałe, że wyczerpała się odporność psychiczna Kaczyńskiego, już dłużej nie mógł spokojnie znosić ustawicznych od 10 kwietnia 2010 r., nasilonych po październikua 2015 r., ataków ad personam i znieważania pamięci swego śp. Brata. Czy jednak jako homo politicus odgrywający na scenie politycznej rolę bodaj najdonioślejszą, nie powinien powściągnąć emocji, a dawać upust swej słusznej irytacji innymi, tzw. dyplomatycznymi słowami. Na taką, jak jego, swobodę dyplomatyczną mógł sobie pozwolić Piłsudski, ale on miał charyzmę, Kaczyńskiemu esbecy i w ogóle pezetpeerowcy zdusili charyzmę u zarania. I „przyprawili mu gębę”, bo był i jest dla nich za radykalny w czynach, słowach, sformułowaniach. Opozycja, dopóki będzie w Sejmie i panować na ulicach, nie zapomni mu tej wypowiedzi. Większość opinii publicznej usprawiedliwia jednak prezesa PiS, który przecież nad podziw długo tłumił urazy.
Lecz politycy i publicyści lewicowi potępiają lidera PiS za owo nieopanowanie. Na przykład Ryszard Bugaj – uczciwy i mądry, zdawałoby się, polityk lewicy. Ma spore zasługi w zwalczaniu dyktatury pezetpeerowskiej. U schyłku Polski ludowej nawet publicznie polemizował z ówczesnym premierem Mieczysławem Rakowskim, który uważał się za liberała partyjnego i znawcę gospodarki. Bugaj publicznie kwestionował jego koncepcje gospodarki „liberalno-socjalistycznej”. Po wyborach 4 czerwca 1989 r. Kościół sprzyjający opozycji udostępniał świątynie jej prominentom, gdzie mogli wygłaszać poglądy umiarkowanie wymierzone w ustrój umierającej PRL. Bugaj korzystał z tej możliwości. W kościele żoliborskim (nie pamiętam którym) na spotkanie z Bugajem przyszły tłumy Polaków złaknionych prawdy. Bugaj nie miarkował słów, powiedział m. in.: „Rakowski opowiada pierdoły”, nie baczył tedy, że jest w miejscu dla katolików świętym, nie wiem nawet, czy wyniesiono Najświętszy Sakrament. Dla lewicowca nie miało to żadnego znaczenia.
Natomiast istotną dlań wartością było jednoczenie się po roku 1989 partii lewicowych. Współtworzył socjaldemokratyczną Unię Pracy i w 1993 r. objął jej przewodnictwo Zrezygnował po czterech latach, spostrzegając, że ugrupowanie traci poparcie społeczeństwa, ponieważ zaczynają w niej dominować tendencje skrajnie komunistyczne, a jemu się wydaje, że jest socjaldemokratą. Prezydent Lech Kaczyński powołał go na swego doradcę w sprawach gospodarczych, w 2077 r. wyróżnił wysokim odznaczeniem państwowym.
Dziś Bugaj zasila szeregi przeciwników Jarosława Kaczyńskiego. Uznał tę wypowiedź Kaczyńskiego „w profesjonalnej polityce za niedopuszczalną”. I dodał: „jeśli prezes nie potrafi poradzić sobie z traumą, żałobą i prywatnymi emocjami, to niech wycofa się z polityki i życia publicznego” („Rzeczpospolita” 10 sierpnia 2017 r.). Poniżej zaś stwierdza, że „prezes dał się wkręcić Macierewiczowi i uwierzył, że można osiągnąć postęp (jaki, w czym?- J. W.) dzięki zespołowi smoleńskiemu”. Ta opinia przeczy poprzedniej o „traumie” i „żałobie”, natomiast sugerowałaby, że „zespół smoleński”, gdzie te uczucia się objawiają, służy celom politycznym, albowiem w dalszej perspektywie mogłyby doprowadzić do przekonania dużej części wahającego się jeszcze społeczeństwa, że katastrofa smoleńska była albo zbrodniczym zaniedbaniem albo wręcz zbrodnią. Z punktu widzenia moralnego dążenie do osiągnięcia tego celu nie jest chwalebne, ponieważ instrumentalizuje politycznie tragedię Smoleńską, wszelako jeśli oceniać działania polityczne wyłącznie miarą sukcesu, to tu Kaczyński wykazywałby duże zdolności prowadzenia gier dyplomatycznych…
Ryszard Bugaj dorzuca nadto, że „to, co PiS mówił, będąc w opozycji, nie mieściło się w żadnych realiach”. Gdyby tak było w istocie, to ta formacja nie wygrałaby wyborów, wszak opinia publiczna jest wrażliwa na „realności”, odróżnia je od kłamstw i czczych obietnic. Osobliwe, że polityk tej miary co Bugaj nie zdaje sobie z tego sprawy.
Lewicowość bowiem odbiera trzeźwość widzenia. Lewicowcy, nawet tak do tej pory uczciwi i zdawałoby się mądrzy jak Bugaj, widzą więc wszelkie rzeczywistości nie takimi, jakie one są, tylko, jakby chcieli, żeby były.
Toteż w tym wywiadzie Bugaj zarzuca Macierewiczowi, że tyle mówi o katastrofie samolotu z reprezentantami Majestatu Rzeczypospolitej, a nigdy do Smoleńska się
nie wybrał. Aż tak naiwny jest Bugaj? Nie wie, że Rosjanie nie dopuściliby Macierewicza do wraku tupolewa, mógłby w najlepszym razie, jeśliby mu pozwolili wjechać do Rosji, popatrzeć na szczątki tupolewa zza drutów… ogrodzenia.
Lewicowcy to fanatyczni doktrynerzy. A ludzkość od rewolucji francuskiej płaci za te rojenia krwią i cierpieniem.
Jacek Wegner
