Demokracja to pojęcie stare jak świat ucywilizowany. Jej nadużycie nastąpiło ponad dwa wieki temu, kiedy stała się, można tak rzec, ekstraktem systemu wartości rewolucjonistów francuskich mordujących przeciwników swej rewolty i siebie samych z całą bezwzględnością; „rewolucja pożera własne dzieci” – wysublimowano tą przenośnią owe wzajemne zbrodnie rewolucjonistów, których w miarę upływu czasu w Europie spowitej „demokracją” było coraz więcej, aż w bolszewizmie i hitleryzmie krwawe „czystki” stały się główną metodą rządzenia.

Owe trzy idee widniejące na plakacie rewolucyjnym zapoczątkowały nowoczesne pojmowanie demokracji. Choć narodziła się w Grecji starożytnej w odniesieniu do państwa rządzonego przez „lud”. Tam próbowano tworzyć „demokrację bezpośrednią” – rządzi „cały lud”, ale to od dawna praktycznie już niemożliwe; najwyżej referenda dałoby się uznać za rudymenty tej mrzonki. Demokracja pośrednia: rządzą wybrani - rygorystycznie pojmowana fałszuje pierwotne znaczenie tego pojęcia.
Nie ma bowiem państwa, którym kieruje „lud”, mogą nim rządzić jedynie przedstawiciele „ludu” odsuniętego od sterów nawy państwowej, jego zaś reprezentanci, przezeń wybrani, stają się w konsekwencji rządzenia arystokracją - zrost słowotwórczy tego samego typu co demokracja: rządzą najlepsi. Nie ma tedy powszechnej równości w dostępie do władzy (a tym samym do przywilejów), jak krwawo roili sobie rewolucjoniści francuscy, nie ma więc demokracji. Krótko mówiąc, nie ma państw demokratycznych, demokracja może być tylko symboliczna, z a d e k r e t o w a n a jako system państwa rządzonego przez wybrańców „demokracji”, równych sobie wobec wszelkiego prawa państwowego, konstytucyjnego. Dzisiaj powszechnie rozumie się demokrację raczej w tym znaczeniu zawężonym, jako „równość” – owo rewolucyjne égalité.
Niech nas, Polaków, „demokracji” nie uczą mędrcy z Zachodu ani tym bardziej tyleż agresywni co prymitywni lewicowcy obcy i rodzimi. Nasza szlachta już od XVI w. kierowała się wewnątrz swego stanu trzema zasadami, wypisanymi na plakacie rewolucji francuskiej, jednak nie grożąc śmiercią za ich nieprzestrzeganie.
Jak wiemy, szlachta nie uznawała tytułów arystokratycznych, z wyjątkiem kilku najstarszych własnych. Szlachcic na zagrodzie (nawet jednowioskowej) był w powszechnym mniemaniu, które stało się fundamentem „demokracji”, równości (églité) szlacheckiej, „równy wojewodzie”. Szlachta była też wolna w znaczeniu potocznym, potocznym, ponieważ w żadnym państwie nie ma wolności absolutnej, choćby dlatego że każdy prawdziwie wolny wyborca musi podlegać władzy, którą wybiera, a każda władza ogranicza wolność poddanych. Od połowy XVII w. szlachta przeciwstawiła się tym naturalnym koniecznościom i ustrój popadł w anarchię, takie bowiem są skutki rozpasanej, głupiej demokracji. Dlatego po doświadczeniach naszej historii można rzeczywiście tęsknić za jakąś formą dyktatury. Mieliśmy w I Rzeczypospolitej bodaj tylko dwóch dyktatorów, a i tak spętanych „demokracją” sejmową - Batorego i kanclerza Zamoyskiego. W dziesięcioleciu panowania owego tandemu i krótko po nim kilkakroć rzucaliśmy Moskwę na kolana. A później rozwydrzona demokracja wiadomo, do czego doprowadziła. Są to oczywistości, że aż wstyd o nich pisać, lecz ci spod znaków PO, KOD i innych analogicznych zgrupowań również nie przyjmują do wiadomości tych determinant ograniczania „demokracji” i nawołują społeczeństwo do nieposłuszeństwa (insurekcji?) wobec demokratycznie przez nie wybranej władzy. Jak skończą się takie zachowania? Czymś w rodzaju rozbiorów?
Jedynie naszej szlachcie udało się jakoś, mniej czy bardziej werbalnie, zmaterializować, wyprzedzając o dwieście lat, trzecią ideę wypisaną na plakacie rewolucyjnym. Wszak szlachcic dla szlachcica był „panem bratem”. W żadnym innym kraju nobilitowani podobnie się nie traktowali. „Panów braci” dzielił oczywiście status majątkowy, co magnaci cynicznie wykorzystywali, ale „pan brat”, biedny czy bogaty, pozostawał „panem bratem”. Tymczasem rewolucjoniści francuscy nie byli braćmi ani z ludem, który mordowali, ani z arystokracją (szlachtą), którą skazali na fizyczną zagładę, ani wobec siebie. Robespierre skazał Dantona na szafot, a wkrótce krzykliwy konwent wysłał Robespierra pod nóż gilotyny.
W rzeczywistości politycznej nie ma, jak rzekłem, idealnej, krystalicznej demokracji, a trzy idee rewolucji francuskiej okazały się kłamliwymi frazesami. O tym nasi „obrońcy demokracji” otumaniający społeczeństwo i się wzajemnie nie wiedzą, zdobycie zaś tej wiedzy przerasta ich umysłowość. Oni w ogóle mało wiedzą, np., że są manipulowani przez potężnych (bogactwem) krypotokomunistów, lewaków, którym marzy się Europa lewicowa od Atlantyku do Morza Czarnego, bez idei Boga i bez Polski tudzież bez polskiego uporu ratowania po raz trzeci chrześcijaństwa na naszym kontynencie.
I nadto, żeby było śmiesznie aż do rozpuku, „obrońcy demokracji” w Polsce dodają do ostatniego słowa przydawkę „liberalna” – w Polsce, i na świecie ma zapanować demokracja liberalna, bo onegdaj była burżuazyjna, socjalistyczna i ludowa, więc nie można tego rzeczownika, przed którym ci obrońcy padają na kolana, pozbawiać dystynkcji. „Demokracja liberalna” oznacza „wolna”. Co to jednak znaczy „demokracja wolna”, w opozycji do „niewolna”? Człowieka współczesnego korci do przydawania demokracji irracjonalnych określeń. Dawniejsza „demokracja socjalistyczna” unicestwia istotą znaczeniową rzeczownika, bo sugeruje, że nie rządzi „demos” a „socjalizm”, a co to jest socjalizm? Środkami produkcji włada wyłącznie państwo, czyli oligarchia. W rezultacie – bieda powszechna i hodowanie klasy bogaczy, „neofeudałów” żerujących na niedostatku tzw. mas. Demokracja ludowa zaś to absurd nad absurdami: demos=lud, a więc ludowa demokracja ludu. Nic nie wynika z tej śmieszności oprócz niezamierzonego humoru…
Jak napisałem, nie ma w państwowym ustroju demokratycznym pełnej wolności, bo wszyscy muszą się podporządkować grupie rządzącej. Wyczuli to nasi odlegli przodkowie i postanowili przeosobliwą ekwilibrystką polityczną uszanować wolę nawet jednostki. Nie było żadnej kodyfikacji liberum veto, lecz był obyczaj, wykorzystywany zrazu rzadko, a później coraz częściej paraliżowano nim obrady sejmu. I wiadomo, do czego doszło. Do tego samego dąży opozycja prosząc, jak ówcześnie kiedy kończyła się Rzeczpospolita, o pomoc siły obce? To nieprawda, że historia się nie powtarza, przecież ludzie rodzą się wciąż w takich samych proporcjach – głupcy liczebnie górują nad mądrymi, podli nad szlachetnymi.
Chociaż trzeba dla uczciwości tych wywodów nieco usprawiedliwić liberum veto - chwalili je najwięksi romantycy: Mickiewicz, Słowacki, Mochnacki, jako przejaw szacunku dla każdej jednostki. Dzisiaj wszelako wśród opozycji nie ma jednostek w dawnym znaczeniu tego słowa godnych szacunku. Opozycja nikogo i niczego nie szanuje – Polska to dla nich wyłącznie arena walki o odzyskanie władzy i apanaży wszelkim sposobami, najnikczemniejszymi nawet.
Choćby ktoś napisał najbardziej wnikliwą, mądrą książkę o ułomnościach demokracji, nie przekona fanatyków z PO, Nowoczesnej, KOD ani Unii Europejskiej, że ci, co tak krzykliwie bronią „demokracji”, są jej destruktorami, pojmują ją niczym trzy idee wypisane na plakacie rewolucjonistów francuskich - ku chwale ciemnych sił historii zwanych lewicą, której pojęcie powstało zresztą mniej więcej w czasie wydrukowania tego billboardu.
Ale demokracja z tymi zasadami czy bez nich, zawsze jest taka sama: zmistyfikowana, oszukańcza w materializacji - aż do bólu społeczeństw na nią się dobrowolnie skazujących.
Dlatego stokroć lepsza od ustroju „demokratycznego” jest pół czy – optymalnie – ćwierć dyktatura. Marzę o, powiedziałbym, konwergencji demokracji z dyktaturą. Podobny ustrój miała chyba Rzeczpospolita po 1926 r. I choć nie wyczuwam niuansów gier politycznych, albowiem nie jestem politykiem, to wydaje mi się, że do takiego ustroju dąży Jarosław Kaczyński. Tylko czy podoła? Trzeba by tu oprócz politycznych mieć niepospolite zdolności dyplomatyczne. Czy je ma? A wyzwania przed nim są coraz dramatyczniejsze.
Jacek Wegner
