Takie narody jak nasz: weredyczne i spontaniczne, nie mają wielkich osiągnięć dyplomatycznych ani wybitnych dyplomatów. Bo dyplomacja to sztuka blefowania tudzież zawierania w najwyższych rejonach egzystencji wspólnotowej kompromisów, gdy są konieczne, a więc możliwe. Albo niedopuszczania do nich, kiedy zagrażałyby żywotnym wartościom wspólnoty.
Czy zachowanie Jarosława Kaczyńskiego na posiedzeniu sejmowym z 18 na 19 lipca, kiedy zelżył posłów PO zaprzecza dyplomacji? Wyczerpała się jego odporność psychiczna, już dłużej nie mógł spokojnie znosić ustawicznych od 25 października 2015 r. ataków ad personam i znieważania pamięci swego śp. Brata, toteż bardzo ostro wypowiedział się pod adresem posłów PO. Oni nie przestaną mu, dopóki będą mieli mandaty sejmowe, przypominać tej wypowiedzi. Ale nic to. Większość opinii publicznej usprawiedliwia prezesa PiS, który przecież nad podziw długo tłumił urazy i wreszcie dał im upust – to po prostu ludzkie. Dlatego ten akurat incydent nie świadczy o braku zdolności dyplomatycznych lidera partii rządzącej.
A prezydenta?
Mniej więcej w tym samym czasie Andrzej Duda odmówił Donaldowi Tuskowi spotkania z sobą. Oczywiście że były premier zasłużył nie tylko na ostracyzm uczciwych Polaków, lecz również na trybunał stanu. Zaszkodził Polsce: narodowo i państwowo, jakby był wysokim dygnitarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej; może zresztą z premedytacją kontynuuje jej politykę antynarodową, antypaństwową i prorosyjską.
Jak powszechnie wiadomo, Tusk uwłaczył narodowi, zanim wdarł się na wysokie piętra działań politycznych, napisał w numerze 11-12 z roku 1987 „Znaku” (tym samym miesięczniku,
który teraz wyrzucił Jarosława Gowina ze swego zespołu za poparcie projektu pisowskiego reformy sądownictwa) m. in., że „polskość to nienormalność”, i „piękniejsza od Polski jest ucieczka od niej”, polskość „często nas ogłupia”. Tusk w ferworze swych wynurzeń renegackich nadużywa też pamięci Andrzeja Bobkowskiego, wspaniałego Polaka, człowieka duchowo pięknego i niepośledniego pisarza, cytując fragment jego „Szkiców piórkiem”, którego treść nie odnosi się wcale do antypatriotycznych wyznań Tuska, a przeciwnie - jest hymnem uwielbienia Polski i jej tragicznego losu.
Rozumiem pojęcie „polskość” jako wspólny zespół cnót i wad, upodobań i niechęci, nawyków, zachowań, postaw moralnych, - wrodzonych i dziedzicznych, świadomych lub instynktownych - które charakteryzują mój naród, tłumaczą jego postępowanie oraz zaniechania w codzienności i okolicznościach nadzwyczajnych. Wszystko to mieści się w pojęciu szerszym i ogólnym: imponderabiliach narodowych. Jeżeli tedy ktoś uznaje je za nienormalne, to znaczy, że jego świadomość, kulturę, szerzej: duchowość, ukształtowały odmienne, niepolskie determinanty, w logicznej zaś konsekwencji Polacy nie uznają jego prawa przynależności do swego narodu.
Tymczasem Tusk stanął w 2007 r. na czele rządu s u w e r e n n e g o państwa polskiego, które jest, było i będzie najwyższą emanacją i materializacją polskości, imponderabiliów narodowych. I oczywiście konsekwentnie do swego pojmowania polskości-nienormalności rozpoczął, niczym dywersant, psucie państwa polskiego, szkodzenia mu. Najpierw obraził jego obywateli zapewniając ich, jakby żyli w buszu, że rząd pod jego auspicjami jest gwarantem utrzymania w kranach ciepłej wody, poniżył nasze aspiracje cywilizacyjne.
Wreszcie Tusk niszczył państwo rozkrzewiając w nim nieuczciwość: oszustwa (w ówczesnym języku oszustów eufemistycznie zwane „przekrętami”), kradzieże, defraudacje, kłamstwa, krętactwa
stały się za jego rządów normalnością, atrybutem III Rzeczypospolitej Polskiej przy pilnym baczeniu całego rządu, ażeby te szalbierstwa, przynajmniej jak najmniej z nich, przedostawały się do świadomości Polaków.
Kiedy wyszła na jaw wielosettysięczna kradzież quasi banku założonego za pozwoleniem podległych Tuskowi polityków - to narzucił całemu państwu aksjologię oszustwa. Pisałem wielokrotnie i tutaj, i gdzie indziej o jego wypowiedzi sejmowej z 14 sierpnia 2012 r., że – dosłownie – „nie każde oszustwo jest przestępstwem”. W sensie ściśle legislacyjnym może i tak, albowiem oszustwa, w zależności od stopnia szkody, dzielą się na wykroczenia, występki etc., lecz w chrześcijaństwie każde oszustwo jest przestępstwem moralnym. Tusk zresztą nie stwierdzał nieidentyczności oszustwa z przestępstwem jako teoretyk prawa, lecz jako strażnik praworządności. Zdumiewa, że żaden publicysta nie zajął się tym poglądem Tuska.
Te słowa i czyny Donalda Tuska są nie do wybaczenia bez ekspiacji za nie. To prawda! Obszary zniszczeń moralnych i materialnych ogromne, nie do odrobienia przez co najmniej dekadę. To prawda! Działanie w Radzie Europejskiej przeciwko polskim interesom politycznym i materialnym - to straszliwa prawda utwierdzająca w słuszności przekonania nas i samego Tuska, że nie jest on Polakiem, a jedynie z niedocieczonych wyroków Losu mówi i pisze po polsku biegle i poprawnie, ma paszport polski tudzież jest (na razie) obywatelem RP.
Lecz te prawdy wcale nie oznaczają, że prezydent państwa polskiego może odrzucić prośbę Donalda Tuska o widzenie się z nim.
Prezydent RP jest prezydentem wszystkich obywateli Polski, bez względu, czy są szlachetni lub podli, mądrzy czy głupi, uczciwi czy nieosądzeni oszuści, jak Tusk, który nadto jest przedstawicielem wysokiej władzy Unii Europejskiej, do której należymy z własnej woli. Odrzuciwszy prośbę Tuska o spotkanie, prezydent Andrzej Duda wymierzył mu, owszem, sprawiedliwość za zdewastowanie moralności państwa polskiego i jego gospodarki. Wszelako czy takie odrzucenie jest zgodne z regułami dyplomacji cywilizacji zachodniej?
Co zyskał Prezydent RP, odmówiwszy Tuskowi rozmowy? Co zyskała Polska? Co zyskała partia, z której wywodzi się prezydent. Co zyskał proces naprawiania po Tusku et consortes naszego państwa? Co zyskał prestiż Polski w świecie? Co zyskała Polska w Unii Europejskiej? Co zyskała Polska u naszych sojuszników Węgier i Stanów Zjednoczonych? Co zyskała Polska wobec naszego nieprzyjaciela ze Wschodu? Co zyskaliśmy my, zwykli obywatele?
Inwektywę Jarosława Kaczyńskiego usprawiedliwia prowokacja polityków PO, a więc, choć niedyplomatyczna – nie jest, rzekłbym, antydyplomatyczna. Polacy dobrej woli zrozumieją i wytłumaczą prezesa PiS. A czy ci sami zrozumieją meandry dyplomacji Pałacu Prezydenckiego?
Może jednak prezydent zna tajemnice dyplomacji, zakryte przed świadomością obywateli i nawet polityków partii, z której się wywiódł? I dlatego, być może, tylko wydaje się nam, że wetując projekt ustawy o sądownictwie Andrzej Duda zmusił PiS, wbrew strategii tej partii, do kroku wstecz, do punktu wyjścia – do okresu po-okrągłowo-stołowego. Czujemy się tak, jakbyśmy zaczynali przebudowę państwa od nowa. Ale wierzymy prezydentowi, iż on wie, że przez 28 lat trwał jedynie eksperyment, który miał na celu zdobycie szczegółowej wiedzy, jak skutecznie i definitywnie, raz na zawsze, pozbyć się uwarunkowań po „okrągłym stole”, po porozumieniu części opozycji z najemnikami Kremla i że obecna Rzeczpospolitą ma na razie trwać, gdyż zmienia się niezauważalnie dla PiS i zwykłych „zjadaczy chleba”, ale prezydent nad wszystkim czuwa. Trzeba mu wierzyć, bo jest wirtuozem dyplomacji, co już się objawiło w sprzeciwie wobec prośby Tuska o spotkanie.
Dyplomacja jest kunsztem, toteż jej poznawanie powinno dawać podobną radość i wiedzę co percepcja dzieła sztuki, jeżeli jest jednak zbyt zawiła, przestaje być rozumiana. Biedny kraj, gdzie obywatele nie rozumieją dyplomacji swych państwowych przywódców - to tak jakby oficerowie w wojsku nie pojmowali taktyki swych bezpośrednich przełożonych i z powodu tej niewiedzy wysyłaliby podległych sobie żołnierzy na niepotrzebną śmierć, za to grozi sąd polowy, a w najlepszy razie degradacja.
Jacek Wegner
