Trwa rozpad Polski powstałej w wyniku ugody pezetpeerowców z ówczesną opozycją. Kłopoty PiS z Trybunem Konstytucyjnym okazały się zaledwie preludium do wybryków PO wobec ustawy o reformie sądownictwa. Ta partia nie cofnęła się nawet przed groźbą chwycenia za broń w obronie status quo wymiaru (nie)sprawiedliwości. I właściwie nic dziwnego, skoro sądownictwo polskie od 1944 r. służyło ideologii i polityce, a „pierwszy niekomunistyczny premier” orzekł, że grubą kreską trzeba oddzielić przeszłość od teraźniejszości, to oczywiste że wśród niezmienionych, i politycznie, i organizacyjnie instytucji państwowych pozostało sądownictwo.
W latach czterdziestych i pięćdziesiątych sędziowie i prokuratorzy mówiący po polsku, w mundurach żołnierzy polskich, skazywali patriotów polskich na śmierć lub długie więzienia cynicznie „usprawiedliwiając się”, że „nie jesteśmy sędziami od Boga”. Mówił mi to Wiesław Johann, prawnik z co najmniej drugiego pokolenia, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.
Po 1989 r. sądownictwo - paradoksalnie – niby uczestniczyło w utworzeniu Instytutu Pamięci Narodowej i dzisiaj partycypuje w jego pracach badawczych, to jednak większość progenitury sędziów i prokuratorów służebnych reżymowi Polski ludowej nadal działa dla jego dobra, chociaż go już nie ma, pozostały jednak z tamtych czasów koneksje, powiązania, układy, sitwy, którym wierność daje korzyści materialne - jak to w mafii. Koncepcja „grubej kreski” stała się w środowiskach sędziów i prokuratorów fundamentem ich mafijności, którą bronią, jak każdy zawód nader intratny i uprzywilejowany z determinacją pozbawioną wszelkich hamulców i skrupułów.
I proszę, jak długo trwa zło polityczne narzucone przez jednego człowieka, a nie usunięte przez społeczności. Unieważnienie „grubej kreski” i reforma sądownictwa, którego patologia jest jej głównym skutkiem - to warunek przeprowadzenia dekomunizacji: pousuwania zewsząd byłych pracowników politycznych i agenturalnych PRL oraz ich czynnych zawodowo potomków. Nasi południowi i zachodni sąsiedzi uczynili tak już dawno.
Jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego nie wykorzysta dla dobra Polski, a więc w swych dążeniach sporu o sądownictwo, cofnie się choćby o krok, to za naszego życia i naszych dzieci Rzeczpospolita nie będzie uleczona z miazmatów komunizmu. I pytanie Jana Olszewskiego sformułowane z trybuny sejmowej, kiedy obejmował urząd premiera, „czyja ma być Polska?” – pozostanie dramatycznie pozbawione odpowiedzi. A my rozdarci i skłóceni niczym prymitywne plemiona z antypod.
