Wyjątkowo trafnie ujął to trefniś dziennika „Rzeczpospolita” Michał Szułdrzyński w komentarzu „Grabarz III RP” (20 lipca 2017). Nazywam go trefnisiem, choć ma, niestety, dobre pióro, bo kiedy trzeba boleśnie uderzyć w PiS lub prezesa tej partii - to czyni to przede wszystkim on nie przebierając, jak każdy błazen, w argumentach: łączy fakty z insynuacją i zmyśleniem.
Istotnie, na naszych oczach i w naszych uszach rozpoczął się 19 lipca rozpad III Rzeczypospolitej, a następnego dnia przebrał wymiary zgoła ostateczne. Oby tylko nie doszło do rozlewu krwi.
O zworniku cywilizacji zachodniej, czyli o demokracji, gdyż tylko ona konstytuuje wspólnoty parlamentarne (nb. Rzeczpospolitą utworzyła już w 1505 r.), Jacek Kloczkowski napisał: („III RP – państwo nieprzemyślane” w: „Rzeczpospolita 1989-2009”): „Narodziny polskiej demokracji dokonały się w okolicznościach wybitnie niedemokratycznych. Wolę społeczeństwa respektowano, o ile nie godziła w interesy biznesowe i ideowe «elit» uzurpujących sobie – rzadko kiedy otwarcie - prawo do wyłącznego decydowania o losie państwa”.
Może więc teraz po awanturze z sądownictwem powstanie wreszcie w bólach społeczeństwa IV Rzeczpospolita. Tylko nie wolno zwlekać z pogrzebem teraźniejszej, pomysł uzależnienia nowej konstytucji od wyników referendum jest poroniony, niezgodny z doświadczeniem. W żadnym znanym demokratycznym państwie naszej cywilizacji konstytucji tak się nie tworzy. Są one rezultatem pracy najmądrzejszych polityków i naukowców albo narzucone przez despotę, albo wynikiem… zamachu stanu. Jesteśmy dumni z Konstytucji 3 Maja, którą wyprzedziliśmy rozwój kultury europejskiej o niemal epokę? A ona została przyjęta dzięki zamachowi stanu w najściślejszym tego słowa znaczeniu. Teraz jest czas najodpowiedniejszy do sięgnięcia po tamto doświadczenie i pogrzebania, jak prowokuje trefniś z łamów „Rzeczpospolitej” owej obecnej III RP, i po pogrzebie wpisania jej w rubrykę „stracony czas” i „zmarnowany majątek”. Oby nie było za późno i esej historyczno-polityczny „Wieszanie” Jarosława Marka Rymkiewicza nie musiał mieć dalszego ciągu.
Regres organizacji politycznych w zachodniej cywilizacji zaczynał się zawsze od gnicia sądownictwa. Ta dziedzina życia państwowego jest bowiem najczulszym sejsmografem wszelkich chorób wspólnotowych. Od połowy XVII sądownictwo polsko-litewskie było do cna skorumpowane, wyroki nader rzadko egzekwowane. Dość przypomnieć, że słynny Jan Chryzostom Pasek miał kilka „kondemnatek” skazujących go na banicje i przynajmniej jeden wyrok infamii (pozbawienie praw w ogóle ludzkich…), a dokonał swego burzliwego życia we własnym łóżku, we własnym dworku.
Za rozpędzenie trybunału, czyli posiedzenia sądowego, groziła według prawa kara śmierci. O ile wiem, wykonano jedną czy dwie pod koniec XVIII w., gdy zaczęło się to co teraz – leczenie państwa przeżartego anarchią pobudzaną przez wschodniego „sojusznika”. Nie miejsce tu na opis zgangrenowanego sądownictwa upadającej Rzeczypospolitej, wystarczy zajrzeć do „Prawem i lewem…” Władysława Łozińskiego; książka wydana w 1903 r. miała wiele wznowień. Oprócz satysfakcji czysto czytelniczych dostarcza i wiedzy, gdy bowiem wyabstrahujemy lekturę ze sztafażu historycznego, łatwiej zrozumiemy patologię współczesnego sądownictwa, której nieprześwietni przedstawiciele tak chcą zachować, że wzywają na pomoc barbarzyńców zwanych posłami tzw. opozycji.
„Na początku lat 90. – wywodzi dalej Kloczkowski - mogliśmy usprawiedliwiać liczne niedomagania spuścizną komunizmu, słabą znajomością wolnorynkowych mechanizmów, katastrofalną sytuacją budżetową, kosztami transformacji. Po dwudziestu latach wiele mankamentów nie da się wytłumaczyć inaczej niż skrajną indolencją, krótkowzrocznością i brakiem politycznej woli zmian”. Czyli – pozwalam sobie dopowiedzieć – cynizmem.
Pisałem już był, że Zdzisław Krasnodębski uważa, iż zwycięstwo PiS jest historyczne, ostateczne. W artykule „Opozycja totalna - czy parlamentarna” („Rzeczpospolita”, 5-6 styczna 2016 r.) autor wbrew tytułowi nie roztrząsa żadnej alternatywy, natomiast ocenia rzeczywistość aktualną, na pozór groteskową (okupowanie sali sejmowej, urządzanie w niej „koncertów” śpiewaczych etc.) i wyrażając sympatię ku Prawie i Sprawiedliwości kończy swą enuncjację optymistycznym akcentem, że „na szczęście Polacy potrafią już samodzielnie myśleć, nie czekając na podpowiedzi «Gazety Wyborczej»
czy TVN i nie pobiegną na wspólną demonstrację z Antifą, z neomarksistami i palikotowcami, jak subtelni konserwatyści. Antypisowskiego powstania nie będzie”. Też tak mniemałem do 20 lipca br. Teraz uważam jednak ten optymizm za przedwczesny i jak powiedziałem wyżej – boję się, że „Wieszanie” Rymkiewicza może mieć część drugą.
Jednakże co znaczy w powyższym cytacie sformułowanie „subtelni konserwatyści”? Uważam się za konserwatystę, jak wielu znajomych publicystów. W moim odczuciu ten epitet jest zaszczytny, aczkolwiek nie wiem, czy jestem subtelnie, czy gruboskórnie konserwatywny i tego nie zamierzam dociekać, ponieważ domyślam się, że owa dystynkcja w intencji autora jest ironiczna. Myślę tedy, że raczej nie o konserwatystów chodzi profesorowi z Uniwersytetu w Bremie – a o liberałów i lewicowców. Oni nieraz już zawstydzali, przede wszystkim właśnie konserwatystów, swymi nienawistnymi i często naiwnymi opiniami o PiS. Ostatecznie więc nie zgadzam się z Krasnodębskim, iż Polacy umieją już samodzielnie myśleć.
Andrzej Nowak powiedział niedawno w warszawskim klubie konserwatystów „Ronin”, że jesteśmy w klimacie „wewnętrznej wojny domowej”. Dodałbym: walki ostrej, z każdym, miesiącem przybierającej na sile, acz na szczęście bezkrwawej (na razie). Wedle Nowaka nie jesteśmy podzieleni, jak w każdej demokratycznej wspólnocie, lecz jakbyśmy „należeli do różnych, z natury wrogich sobie gatunków”.
Fanatycznych chwalców opozycji, która z premedytacją utrudnia naprawianie w Rzeczypospolitej tego przede wszystkim, co najszybciej i najgłębiej się psuje, znajdziemy także w elicie - „elicie”, jak chce Kloczkowski - która nie myśli, wbrew opinii Krasnodębskiego, samodzielnie. No tak, ale jakie są źródła owego fanatyzmu ludzi wykształconych – publicystów, dziennikarzy, socjologów, politologów architektów, których nazwiska można wskazać całe naręcza? Prawdę mówiąc, nie umiem odpowiedzieć. Wiem zaś, że podobnie zaślepiona była część „elit” Dwudziestolecia. Kazimiera Iłłakowiczówna napisała we wspomnieniach o fanatycznych przeciwnikach Marszałka, Polakach z jej sfer intelektualnych i społecznych, iż „byli godni pożałowania (…), nie wiedzieli, że okłamani i okłamujący łazili pod cieniem nieprawdy, cali w plotkach, jak w obrzydliwych pasożytach”. („Ścieżka obok drogi”, 1939). Dramatyczny był to tedy - i jest - przejaw „dwugatunkowości” jednego narodu. Jeśli to prawda, że człowiek z aspiracjami cywilizacyjnymi chętniej ulega cynizmowi, niż dąży do rozwoju swej duchowości, bo ów cel wymaga wielu wysiłków i wyrzeczeń – to logiczne się staje, że owej fanatycznej „elicie” z „drugiego gatunku” aksjologicznie odpowiadały rządy Platformy Obywatelskiej i jej kryptobolszewicka postawa – brać wsio, nie dawać niczewo.
A wszak sądownictwo to bastion „grubej kreski”, której nikt jeszcze nie przekreślił. Stąd moje niecierpliwe oczekiwanie nowej konstytucji tworzącej nową Rzeczpospolitą, podobną do tej, powiedzmy, z kwietnia 1935 r., która ponad wszelką wątpliwość umożliwi unicestwienie „grubej kreski”, czyli doprowadzi do d e k o m u n i z a c j i, debolszewizacji – przede wszystkim w sądownictwie..
Jacek Wegner
