To opasłe dzieło jest nader bogate w manipulacje, pomówienia, plotki, insynuacje, półprawdy, ignorancję przedmiotową, niekonsekwencje, antynomie, naiwności, nienawiść, a ubogie w prawdę.
Na pierwszej stronie po karcie tytułowej, przed tekstem głównym widnieje motto z „Dzienniczka z dzieciństwa” Bronisława Piłsudskiego, o rok starszego brata, po dziecięcemu zazdroszczącego powodzenia Ziukowi, jak rodzinnie nazywano Józefa: „Ten Ziuk ma szalone szczęście, wszystko mu dobrze wychodzi (…) zawsze siebie stawia na pierwszym planie (...), a durni wierzą mu i zachwycają się nim (…) zawsze gbur, egoista i zarozumiały…”. Te słowa zainspirowały Rafała A. Ziemkiewicza do publicystycznego nakreślenia sylwetki twórcy PPS-Frakcji Rewolucyjnej w „Złowrogim cieniu Marszałka” z nadtytułem na okładce książki: „Odzyskał Polskę - zniszczył polskość”.
Bezpośrednio pod powyższym cytatem autor zapisał myśl Jerzego Giedroycia, iż nieszczęściem Polski jest historia „zakłamana jak nigdzie na świecie”. Natomiast pierwszy rozdział otwiera motto ze Stanisława Cata Mackiewicza, że jesteśmy narodem wyjątkowo patriotycznym i poruszając struny tego uczucia można „wygrywać melodie zupełnie dowolne”. Ziemkiewicz gra więc swoją - paszkwilancką. Te mądre wypowiedzi mądrych ludzi, wyrwane z kontekstu, bez odniesienia do konkretnych okoliczności historycznych bądź politycznych, są siłą rzeczy ogólnikami. A ilu czytelników wie, że Giedroyc i Cat byli do końca swego życia zwolennikami Piłsudskiego? Ot, mistrzowska manipulacja głośnego publicysty!
Tu i ówdzie stosuje on też konwencję tzw. autotematyzmu, modnego w powieści połowy XX w. Raz po raz zwierza się (niezbyt skromnie) czytelnikowi, np.: „ dziś jako człowiek dojrzały i mający polskość jako taką przemyślaną, reaguję na przejawy kultu Piłsudskiego odruchem niechęci”. Nie - odruchem nienawiści. Wyraża ją nawet język. Ileż razy, z jakby sadystyczną rozkoszą cytuje znane powszechnie wulgarne artykulacje Marszałka i sam także często ima się słownictwa knajackiego; najbardziej ono razie razi przy ewokacji tumultów ulicznych po wyborze Narutowicza wywołanych przez endecję, oczywiście bez wskazania na nią (wypisz, wymaluj – wczorajsze i dzisiejsze ekscesy lumpów politycznych w „dziesiętnice” Smoleńska): „oni się napierdalali i napierdalali”. Zresztą skłonność Ziemkiewicza do wulgaryzmów widać było już w pierwszych jego książkach, np. „Wiagra mać”, „Polactwo”. Skąd biorą się u Ziemkiewicza te inklinacje? Najwięcej nasłuchałem się słownych obrzydliwości w tzw. ludowym wojsku polskim i zauważyłem, że na poligonach zacząłem też się brzydko wyrażać. Z tamtym wojskiem, a raczej z tamtą indoktrynacją wojskową kojarzą mi się również poglądy autora odnośnie do walk narodowowyzwoleńczych w XIX w. - obśmiewanie dążności insurekcyjnych.
Ziemkiewicz, zwłaszcza w pierwszych częściach książki, zachwala tzw. ugodowców, natomiast z pasją (cała książka jest pisana na największym diapazonie uczuć, co nadaje jej atrakcyjności czytelniczej) krytykuje wszelkie czyny i zamiary zbrojne Polaków z Królestwa, szczególnie PPS-Frakcji Rewolucyjnej Piłsudskiego. Zarzuca jej wręcz, że walcząc z zaborcą lekkomyślnie zabijała Polaków. Wedle Ziemkiewicza trzeba było czekać. Czekać jak ugodowcy-narodowcy na sposobność i zacząć wtedy gdy miało się pewność wygranej, a nie przelewać krwi wrogów i własną niepotrzebnie. Czekać…! Zresztą Ziemkiewicz i tu staje się niekonsekwentny, albowiem, wychwala podjęcie po wybuchu I wojny przez tajne organizacje narodowców-ugodowców walki zbrojnej. Więc ta krew przelewana z powodu ich czynu zbrojnego była usprawiedliwiona, a PPS-Frakcji Rewolucyjnej nie. Owa antynomia służy odbieraniu Piłsudskiemu i jego zwolennikom istotnych zasług w odzyskaniu niepodległości.
Ziemkiewicz nie ma miary w krytyce Piłsudskiego, niczego mu nie oszczędza, ani głupoty, ani megalomanii, ani wyrachowania, ani pogardy dla własnego narodu, ani lenistwa (a tak!), ani osobistej niemoralności, choć zarazem przyznaje bezstronnie, że Dmowski i Piłsudski instrumentalnie traktowali katolicyzm i sprzeniewierzali się szóstemu przykazaniu. A Piłsudski nadto wykorzystywał ideologię tudzież struktury PPS w dążeniu do niepodległości; zdumiewa, że autor ma mu to za złe.
Ziemkiewicz odrzuca, bez kontrargumentów, wyjaśnienia apologetów Marszałka, że jego pogardliwe i w słowach często wulgarne odnoszenie się do narodu było wynikiem traumy doznanej po zamordowaniu pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej. Tymczasem da się istotnie zauważyć w nielicznych wprawdzie cytatach z wypowiedzeń Marszałka przed tragedią grudnia 1922 r., które przytacza autor, iż naprawdę inny był wyraz językowy bohatera książki; odnoszę wręcz wrażenie, że w tonacjach tamtych eksplikacji Piłsudskiego jest jakieś trudne do opisania „ciepło”. Maria Dąbrowska przerażona zabójstwem Narutowicza napisała w „Dziennikach”, że naród się rozdwoił - chociaż mówi gramatycznie tym samym językiem, ale są to jednak dwa różne języki, albowiem jeden to język ducha, drugi fałszu i konwenansu. Endecja kłamała, jakoby Gabriel Narutowicz, który już od dwóch lat sprawował w rządzie Rzeczypospolitej Polskiej funkcję ministra robót publicznych, nie miał polskiego obywatelstwa. I takie „dwa narody w jednym” z „dwoma” językami pozostały do dzisiaj. Czy Ziemkiewicz nie spostrzegł tego zjawiska? Nie usłyszał go śmiertelnym wystrzale pistoletowym w łódzkim biurze poselskim PiS? Zapewnia, że „przemyślał polskość”, a w swej książce neguje wypływ wrzeszczącego motłochu endeckiego na społeczeństwo, w ogóle nie dostrzega premedytacji, z jaką endecy lżyli Piłsudskiego – publicznie nazywali go zdrajcą, złodziejem, bandytą, szpiegiem. Natomiast publicysta stwierdza, że Marszałek obrażał przedstawicieli Narodowej Demokracji – prawda: akcja równa się reakcji….
Szaleniec strzelający w plecy Narutowicza nie wychynął z nicości politycznej, tak samo jak i ów drugi po prawie stuleciu w Łodzi. Autor udaje znawcę psychiki Piłsudskiego i sanatów, mechanizmów społecznych, lecz kiedy dochodzi w narracji do skutków działań publicznych rozhisteryzowanego prymitywnego tłumu endeckiego, porzuca watek zbywając go gładkimi tzw. skrótami myślowymi.
Ziemkiewicza wprawia wręcz w furię określenie Piłsudskiego „dyktatura moralna”. Nie rozumie - nie chce zrozumieć - że Marszałkowi chodziło o moralność publiczną, o wyleczenie społeczeństwa z predylekcji do oszustwa. Dzisiaj bardzo by się przydała taka „dyktatura”, ale kto ją umiałby ją narzucić? Ziemkiewicz, czuje się, owszem, predestynowany do leczenia współczesnej duszy polskiej… z infekcji kultu Marszałka.
Kpi z Piłsudskiego, że pojechał do Japonii, żeby namówić to państwo do… wszczęcia powstania w Królestwie Polskim oraz oferować rządowi japońskiemu usługi szpiegowskie. Pisze, że Piłsudski dostał od Japończyków trochę pieniędzy i jakieś stare karabiny, które już w pierwszych latach XX w. były mało albo wcale użyteczne. A w jakim celu Dmowski równocześnie pojechał do Japonii? Chyba nie po to, żeby spotkawszy tam Piłsudskiego, rzucić mu w twarz, że przygotowywanie insurekcji w Królestwie jest zbrodnią. Czytelnik jest oszukany, no bo skoro autor wyjaśnia (drwiąco) cel i skutki pobytu Piłsudskiego w Japonii, to odbiorca oczekuje także wiadomości o powodach tudzież efektach przyjazdu Dmowskiego. Nic z tego. Natomiast czytamy: „Dmowski i jego środowisko uznali bowiem, że klucz do wolnej Polski leży nie w samej Polsce, ale (…) w stolicach europejskich mocarstw”. Endecy zawsze liczyli na „stolice europejskich mocarstw”, zachodnich i wschodnich. Dmowski nawoływał, żeby „uświadomić Rosji, że jej dotychczasowa antypolska polityka jest w istocie polityką służącą interesom Niemiec”. Uświadomić Rosji – śmiechu warte. Rok 1920, kiedy ze stolicy „europejskiego mocarstwa” zwaliła się na nas wielomilionowa armia, doraźnie podważył nieco te rachuby, a „stolice europejskich mocarstw” zachodnich niewiele nam pomogły - Francja przysłała doradcę wojskowego uważając zapewne, że nie umiemy dowodzić własnymi dywizjami oraz trochę broni, których transporty wstrzymywała Czechosłowacja. Anglia zaś słowami Churchilla wyśmiała wojnę uznając, że jest ona zmaganiem karłów… Gdyby Ziemkiewicz napisał otwarcie, że Polska w 1918 r. została wskrzeszona wskutek skorelowania oręża Piłsudskiego z zabiegami dyplomatycznymi Dmowskiego i Paderewskiego, a w roku 1920 uratowana dzięki zgodzie całego narodu (oprócz nielicznych zdrajców z KPP) – byłby to chociażby jeden refleks uczciwości, której w tej książce trudno się doszukać.
Ziemkiewicz zarzuca „zbirom sanackim”, jak się wyraża swym subtelnym języku, zamordowanie generałów Zagórskiego i Rozwadowskiego, nie troszcząc się o faktografię, nie wskazując chociażby przesłanek. Operuje domniemaniami i plotkami niczym faktami, i to nie tylko w tym wątku – tak samo bez troski o dowody konstatuje, że Marszałek odsunąwszy się od polityki po 1922 r., udawał w Sulejówku skromnego żołnierza w podniszczonym mundurze, a tymczasem przygotowywał (przez trzy lata…) ze swymi oficerami, którzy do niego przyjeżdżali, zamach stanu nazywany przez autora „wojną domową”. Niby skąd o tym wie?
Za to autor kilkakrotnie pisze o rokoszu Jerzego Lubomirskiego z 1665-1666 r., kiedy pod Mątwami w bitwie bratobójczej zginęło prawie 3 tys. Polaków. Przegrały wprawdzie wojska królewskie, ale Lubomirski nie zdyskontował zwycięstwa, bo opinia publiczna choć w większości akceptowała jego racje polityczne, to jednak zdecydowanie odrzucała zastosowaną przezeń przemoc. Lubomirski niemal natychmiast po rzezi udał się na emigrację. W jakim celu autor wprowadza tak odległe w czasie odniesienia? Żeby zasugerować analogię do zamachu majowego, który nazywa wojną domową? Kulą w płot – opinia publiczna wprawdzie również popierała oddziały zbuntowane (nawet cywile w kilku miejscach Warszawy starli się z żołnierzami rządowymi i poturbowali ich), ale to oddziały zbuntowane zwyciężyły i ich dowódca narzucił swą wolę i prezydentowi, i Sejmowi, i rządowi. Ziemkiewicz tak więc manipuluje wiedzą o przewrocie majowym, że woli sięgać do odległej przeszłości w poszukiwaniu fałszywych paralel, niż zastanawiać się nad przyczynami tego swoistego rokoszu z 1926 r. Tymczasem wystarczy bez nienawistnego nastawienia przeczytać kilka książek (np. wspomnianego Poboga Malinowskiego czy najnowszą, niedawno zmarłego profesora UW Zbigniewa Wójcika „Józef Piłsudski 1867-1935”), żeby napisać uczciwie o zamachu Piłsudskiego.
Nic też autor nie pisze o wybrykach antysemickich Narodowej Demokracji, które nie były przez „zbirów sanackich” tolerowane. Obóz Wielkiej Polski i Falanga działały od początku lat trzydziestych nielegalnie. Akademicy endeccy usiłowali w salach wykładowych tworzyć tzw. getta ławkowe, lecz kadra profesorska i studenci umysłowo-moralnie zdrowi uniemożliwiali tę dyskryminację.
Endecy majaczyli, jak pisze Władysław Pobóg Malinowski w „Najnowszych dziejach politycznych Polski 1864-1945” o wysiedleniu Żydów na Madagaskar i nawet wciągali w te ponure fantazmaty niektórych polityków sanacyjnych. Endecy bili Żydów na ulicach większych miast, Warszawy, Łodzi, Lwowa. Moi rodzice widzieli hallerowców, w mundurach z orzełkiem polskim, obcinających na ulicach Łodzi brody chasydom. To że dzisiaj uchodzimy w świecie za urodzonych antysemitów – to wyłączna wina Narodowej Demokracji i jej prymitywnych wyznawców, których wychwala uzdolniony pisarsko endek Ziemkiewicz.
Ale było jeszcze gorzej. Kiedy Marszałek gromił Tuchaczewskiego nad Niemcem i parł dalej na wschód, żeby narzucić Rosji polskie warunki pokoju, endecja dominująca w sejmie odmówiła Marszałkowi poparcia politycznego i zmusiła do rozejmu. Wedle Pawła Jasienicy z „Pamiętnika” ów rozejm był faktycznie rozbiorem Ukrainy i Białorusi; część większą dostała Rosja. Ziemkiewicz oczywiście tłumaczy, że posłowie, jak napisałem przed chwilą w przytłaczającej większości endecy, chcieli zapobiec federacji Polski z Ukrainą i Białorusią, bo bali się, po pierwsze, że zatraci się tam żywioł polski (mało widocznie cenili, wbrew swej ideologii, siłę polskości, dzisiaj „przemyślanej” przez autora książki). Po drugie - obawiali się, że tamte narody odrzucą ofertę federacji i państwo polskie będzie mieć kłopoty z mniejszościami – i tak miało! Skąd Ziemkiewicz czerpie pewność, że Piłsudski bez zgody zainteresowanych chciał ich sfederować z Polską? A może zamierzał pomóc im, jak chciał Petlurze, stworzyć państwa suwerenne zaprzyjaźnione z Rzecząpospolitą, które by stanowiły geopolityczny bufor? Jak przebiegłaby II wojna, jeśliby w ogóle by wybuchła, gdyby owo zamierzenie się spełniło? Francja i endecja polska są odpowiedzialne za hekatombę ostatniej wojny światowej. Polska dlatego, że jak przed chwilą napisałem, endecja nie pozwoliła Marszałkowi kontynuować ofensywy i narzucić bolszewikom pokoju według własnej wizji. Francja, ponieważ odrzuciła postulat Marszałka o równoczesnym uderzeniu na Niemcy, kiedy one na przekór traktatom międzynarodowym rozpoczęły ponowne zbrojenia. Ale o tych wątkach politycznych Dwudziestolecia nie ma u Ziemkiewicz ani słowa. Mistrzowska manipulacja.
Nie od Ziemkiewicza, natomiast od Poboga Malinowskiego, jeśliby tę książkę uważnie przeczytać, można się dowiedzieć, że po śmierci Marszałka Adam Koc przyczynił się do relegalizacji radykalnych ugrupowań Narodowej Demokracji. Właściwie nie wiadomo, dlaczego tak postąpił. Wynikałby z tego wniosek, że płk Koc był osobnikiem umysłowo niezrównoważonym. Autor na początku swego dokonania nie bez satysfakcji odczuwanej dość wyraźnie przez czytelników zapisuje negatywną opinię młodego Koca o działaniach brygadiera Piłsudskiego, któremu w wolnej Polsce pułkownik wiernie służył.
Podobnie psychologicznie da się wytłumaczyć, dlaczego Edward Rydz Śmigły, jedyny bodaj pośród arcyważnych polityków sanacyjnych pochodzący z warstw społecznych bardziej niż średnich, w wywiadzie udzielonym Wańkowiczowi już po wybuchu II wojny, nader ujemnie, jak pisze Ziemkiewicz, ocenił przygotowanie przez Marszałka armii do ewentualnego konfliktu. Wcześniej Ziemkiewicz konstatuje, że Marszałek często publicznie beształ Rydza. Czyż tedy jego krytyka nie byłaby mniej lub bardziej świadomą kompensacją doznanych upokorzeń? Ziemkiewicz w „Złowrogim cieniu Marszałka” nierzadko próbuje wnikać w psychikę swego negatywnego bohatera. Dlaczego zatem nie czyni podobnie wobec jego współpracowników i nie suponuje, że ich krytyczne wypowiedzi mogłyby być skutkiem zranionej przez Marszałka dumy?
Jak powiedziałem na początku, autor zgoła obsesyjnie nie znosi pozytywnej pamięci Marszałka, ima się więc wszelkich sposobów, by ją ubłocić. To że zestawia Piłsudskiego z Wałęsą - śmieszy, że zestawia z Jaruzelskim – zasmuca, że przyrównuje go do Stalina – przeraża. Chociaż raduje, że tą retoryką Ziemkiewicz dobitnie kompromituje aksjologię i umysłowość endeków, których działalność publiczna szkodziła – i nadal szkodzi – państwu polskiemu i kulturze polskiej. Ten inteligentny w końcu autor o sporej wiedzy, acz zdeformowanej nienawiścią, nie chce lub nie umie uświadomić sobie, że w każdym społeczeństwie jednostka o wybitnej, władczej osobowości zniechęca do siebie małych, głupich ludzi. Gdyby Piłsudski nie stosował takich gier, jakie z furią nienawiści potępia Ziemkiewicz, byłby kiepskim dyplomatą i politykiem, nic by nie ugrał. Autor oczadziały ideologią endecką nie jest świadom, że olbrzymia większość wad przypisywanych przezeń Marszałkowi z zawstydzającą dezynwolturą staje się pochwałą jego wirtuozerii politycznej. Nie ma dobrego polityka, który by nie chciał przechytrzyć swych rywali i kształtować rzeczywistości na miarę swych wizji. Dmowski nie pozostawił po sobie takiej pamięci jak Marszałek, choć też wniósł do Niepodległości niemało zasług, gdyż nie był wybitnym politykiem, raczej myślicielem, acz oczywiście z jego koncepcjami głęboko się nie zgadzam, ale to nie ma tu znaczenia.
Znam, oczywiście jedynie z lektur, trzech wyznawców ideologii Narodowej Demokracji, antagonistów Marszałka w Dwudziestoleciu, o wybitnej inteligencji i wielkim dorobku twórczym: Władysław Konopczyński, Adolf Nowaczyński, Stanisław Stroński. Ten ostatni wymyślił mit „cudu nad Wisłą”, który przyjął się wśród katolików polskich i trwa do dziś, pomniejszając znaczenie Marszałka w bitwie warszawskiej.
Nic też Ziemkiewicz nie pisze o kulturze „w cieniu Marszałka”, która rozwijała się impetycznie. Napisał tylko iż Polki pierwsze na świecie otrzymały prawa polityczne. A mieliśmy wtedy najlepsze w Europie szkolnictwo średnie i wysoki poziom kształcenie akademickiego, naukowców, artystów pędzla, dźwięków i pióra światowej sławie.
W każdej szanującej się światowej encyklopedii odnotowany jest dorobek Lwowskiej Szkoły Matematycznej z genialnym Stefanem Banachem i Warszawskiej Szkoły Matematycznej. Okazuje się, iż jesteśmy, byliśmy, narodem wybitnych matematyków i to więc nie przypadek, że nasi naukowcy złamali szyfr Niemców. Działali też wówczas znani w świecie filozofowie, m. in. Ingarden, Chwistek zarazem matematyk i malarz, Ajdukiewicz, Witkacy; teoretycy literatury - m.in. Kridl, Wóycicki, Witkacy, Chwistek. Polski katolicyzm przeżywał istny renesans – Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej stworzyło ugrupowanie „Odrodzenia”, które rozwijając myśli francuskich filozofów Maritaina i Theilarda de Chardina uratowało katolicyzm polski przed ugrzęźnięciem w formułach obrzędów ludowych i przed ateizmem. Dziełami Zofii Stryjeńskiej i Witkacego zachwycali się światowi odbiorcy i koneserzy malarstwa. Do dziś powstają na Zachodzie przeróżne towarzystwa miłośników muzyki Karola Szymanowskiego. Działało też, rzekłbym po obu stronach barykady: sanacyjnej i endeckiej, kilku publicystów, ich dorobek się nie zestarzał: wspomniani Cat Mackiewicz, Giedroyc, Nowaczyński, Stroński czy niewymienieni: Józef Mackiewicz, Adolf Bocheński. Powstały dwie grupy poetyckie: Awangarda i Skamander, w pierwszej działał znany na Zachodzie Tadeusz Peiper. Do poetów starszej generacji (Leśmiana, Staffa, Micińskiego) dołączyli młodzi i najmłodsi: Lechoń, Wierzyński, Tuwim, Hemar, Słonimski, Iwaszkiewicz, Miłosz, Czechowicz z grupy „Żagary”. Powstawały kabarety literackie, jak np. sławny Pod Picadorem. W prozie święcili triumfy pisarze starszego pokolenia: Dąbrowska, Irzykowski, Kaden Bandrowski, debiutowali zaś Michał Choromański, Teodor Parnicki, Zbigniew Uniłowski, Gombrowicz, w dramacie Jerzy Szaniawski i Witkacy.
Ten ostatni był twórcą uniwersalnym. Wszelako dla nas, współczesnych, najznamienitsze wydają się jego groteskowe powieściowe parabole i dramaty satyryczno-profetyczne. Wyraża w nich w tonacji żartobliwo-kpiarsko-sarkastycznej swe doświadczenia polityczne i społeczne. Kreuje osobliwe postaci-karykatury łatwo rozpoznawalne, np. Piłsudskiego czy Witosa. Występują pod wymyślnymi imionami, np. w powieści „622 upadki Bunga” Marszałek jest Kocmołuchowiczem, od którego Polska i zbolszewizowany Zachód oczekują ratunku przed nawałem amii chińskiej. W dramacie „Jan Karol Maciej Wścieklica” tytułowym bohaterem jest – w domyśle – Wincenty Witos. Są też na kartach utworów literackich Witkacego przerażające wizje tego, co się stało, a raczej stawało się i staje, i trwa, po roku 1939, 1944, 1989. Działały nadto kabarety satyryczne i wychodziły satyryczne pisma. Marszałek i jego pretorianie mieli poczucie humoru.
Czy jest drugi naród, który przez dwa dziesięciolecia po ponad stuletniej niewoli wykrzesałby taką energią kulturotwórczą? I to w państwie rządzonym po półdyktatorsku przez – według Ziemkiewicza – „zbirów sanackich”.
Natomiast Marszałek nie znał wartości pieniądza i nie rozumiał gospodarki państwowej. Ziemkiewicz pisze, że utrudniał działanie Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu. Nieprawda! Jeżeli jest jej świadom, to kłamie, jeśli nie - to wystawia sobie świadectwo ignoranta. Paweł Jasienica pisze w „Pamiętniku”, że Marszałek w gronie przyjaciół zwykł był często mawiać żartobliwie, że ten Kwiatkowski to robi dziwne rzeczy, ale niech robi, niech robi. Gdyby Marszałek, sprawujący po 1926 r. władzę półdyktatorską rzeczywiście utrudniał Kwiatkowskiemu działania, nie mielibyśmy Gdyni z dwoma portami i Stalowej Woli tudzież rozpoczętej budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego – tam gdzie w I Rzeczypospolitej był region przemysłowy, ani najbardziej komfortowej oraz najpunktualniejszej kolei w Europie. Przy walnym udziale Kwiatkowskiego został opracowany plan sieci metra, budowę miano rozpocząć w roku 1940, na pewno w tempie iście gdyńskim…
Ziemkiewicz kończy książkę ze łzami w oczach, jak ta Polska sanacyjna była zacofana, biedna – wszędzie nędza, zapałki dzielono na czworo (według moich Rodziców na dwoje). Dużo było obszarów biedy, to prawda – po 123 latach zaborów przez 20 lat nie sposób było jej całkowicie przezwyciężyć. Ale Paweł Zaremba w „Historii dwudziestolecia”, do której Ziemkiewicz nie odniósł się słowem najmniejszym, twierdzi, że po kryzysie światowym, po 1933 r. gospodarka polska zaczęła rozkwitać; w 1938 r. polski PKB był mniej więcej na tym samym poziomie co Włoch, Hiszpanii i Austrii.
Ziemkiewicz zapewnia na początku swego dzieła, iż przedstawi w nim niezbite dowody, że odurzeniu mitem Piłsudskiego „Zawdzięczamy do dziś marność naszej niepodległości i to wszystko, co do cna nam ją obrzydza”. Ejże! Autor znów druzgocze pamięć historyczną. Marność niepodległości „zawdzięczamy” dwóm okupacjom, zwłaszcza drugiej, bo trwała 45 lat. Obie wytrzebiły elitę polską, tak że zachowały się marne resztki i jej głos sprzeciwu wobec obecnej niemoralności państwa oraz popularności takich książek jak Ziemkiewicza jest ledwo albo wcale słyszany.
W końcu rozumiem - Ziemkiewicz swą książką udowadnia ponad wszelką wątpliwość, że infantylna opinia brata Bronisława (cytowana na początku), iż Ziuk „siebie zawsze stawia na pierwszym planie (…) a durni wierzą mu i zachwycają się nim” - jest słuszna, a autor przecie do durnych nie należy.
Jacek Wegner
